Fiction » Humor »

Melody Starr Trudne początki
Author:
nieseryjna PM
Melody Starr razem z przyjaciółką Amandą zaczynają nowe życie, zaraz po collegu..
Rated: Fiction K+ - Polish - Humor - Words: 3,147 - Reviews: 1 - Published: 12-04-03 - Status: Complete - id: 1463585
A+  A-   Full 3/4 1/2 Expand Tighten

Tytuł: Trudne początki

Seria: Melody Starr

Autor: Hypatia

Kategoria: Oryginalne - Obyczajowe

Kategoria wiekowa: PG-13

Blat stołu wyślizgnął się z moich rąk dokładnie w połowie przepychania go przez drzwi.

„Mandy, czekaj moment, przestań pchać" powiedziałam zirytowana, miałam dość przeprowadzki.

Mandy spojrzała na mnie z pod krótkiej blond grzywki nie kryjąc irytacji. Nie wiem jak ona to robiła, metr siedemdziesiąt wzrostu, figura modelki, krótkie blond włosy okalały delikatnie jej twarz. Biała bluzeczka z króciutkim rękawem i leciutkie granatowo-białe spodnie tylko podkreślały jej sylwetkę. Mimo trzydziesto stopniowego upału, czterech godzin noszenia kartonów i mebli wyglądała równie nienagannie jak o poranku. Westchnęłam kręcąc powoli głową, wolałam się nie przeglądać w lustrze, przynajmniej dopóki nie skończymy. Jak tak dalej pójdzie to nigdy nie skończymy, trza było odżałować te 200 dolców na tragarzy.

„Myślisz o tym co ja ?" Mandy oparła łokcie na blacie i podparła głowę „Trza było odżałować te 200 dolców" powiedziała spokojnie.

Zamknęłam oczy. Znowu to samo, znałyśmy się od pierwszej klasy liceum i prawie od samego początku zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Przyzwyczajone do siebie, porozumiewałyśmy się prawie bez słów, często dokańczając myśl za drugą. Trochę to się zmieniło gdy Amanda pojechała na Harvard studiować prawo, a ja zostałam w Last Cruses studiując psychologię. Widać nie aż tak bardzo.

„Ha teraz i tak za późno. Myślisz, że skończymy przed północą ?" spytałam rozglądając się po naszym nowym mieszkaniu. Nie odpowiedziała, więc spojrzałam z powrotem na drugi koniec stołu, zdążyłam tylko zauważyć brązowe muskularne ręce obejmujące ją w pasie i Mandy zniknęła z pola widzenia bez żadnego dźwięku. Po chwili właściciel rąk, rewelacyjnie zbudowany murzyn, w krótkich spodenkach i rozpiętej hawajskiej koszuli, z uśmiechem przeskoczył przez stół. Chwycił moją dłoń składając na niej delikatny pocałunek i uśmiechnął się jeszcze szerzej „Witaj moja Pani. Pozwoli Pani, że pomożemy. Jestem Paul, a to mój partner Sean" wskazał miejsce skąd przed chwilą zniknęła Mandy. Sean ubrany tak samo jak Paul uśmiechał się równie promiennie, opalony ze zmierzwionymi blond włosami i skrzącymi oczyma wyglądał jak mały łobuziak. Oniemiałam. Paul szybko przesunął mnie z drogi i razem z Seanem wnieśli stół bez problemu. Przez następną godzinę przez nasze drzwi przewinęło się z dwa tuziny zupełnie obcych nam osób pomagając przestawiać i wnosić wszystkie nasze meble i kartony. Gdy wreszcie skończyli Paul z Seanem pożegnali nas równie szarmancko jak przywitali wspominając tylko, że jak tylko odpoczniemy mamy wstąpić do „Monteville" na kawę.

Opadłyśmy na kanapę ze śmiechem. Kto by pomyślał.

„Jesteśmy w raju. Dwa kroki do plaży, jeden do prysznica, dwóch szalenie przystojnych mężczyzn i nieskończonego zapasu kawy " Amanda wyciągnęła przed siebie nogi zdejmując eleganckie sandałki na obcasie. Nigdy nie zrozumiem jak można coś takiego nosić i to w dodatku podczas przeprowadzki.

„Tylko ten raj kosztuje fortunę i..." zaczęłam jak zwykle pesymistycznie.

„Melody Starr ! Przestań marudzić, marsz pod prysznic. Jak skończysz idziemy poznać bliżej naszych przemiłych sąsiadów." Amanda kopnęła mnie w kostkę „I jak jeszcze raz nazwiesz mnie Mandy to cię uduszę" dodała z uśmiechem.

Pokazałam jej język wycofując się do łazienki. Po chwili z jej pokoju dobiegała jakaś muzyka, a ja przejrzałam się wreszcie w lustrze.

„No widzisz Melody oto twoja kara. Mieszkasz w raju z diabłem." Powiedziałam do siebie. Nigdy nie ucieknę przed porównaniami z Amy. Moje metr sześćdziesiąt, zaokrąglona sylwetka i krótkie mysiobure włosy w ciągłym nieładzie – a ona. Westchnęłam.

Pół godziny później delikatne stukanie w drzwi łazienki przypomniało mi, że diabeł nigdy nie śpi „Melody ? Jeśli jeszcze się nie utopiłaś to wychodź, jestem głodna" Taaa głodna i ciekawa naszych drogich sąsiadów.

„Monteville" szybko przypadło nam do gustu, urządzone w prosty sposób wejście, stoliki na promenadzie i wyśmienita kawa. Nie należy zapomnieć o doskonałym towarzystwie Sean i Paul okazali się nie tylko naszymi sąsiadami z piętra, lecz także właścicielami kawiarni. Dzięki nim poznałyśmy w jeden wieczór wszystkich stałych bywalców, dostałyśmy swój własny stolik w najlepszym miejscu i od razu zdecydowałyśmy, że od jutra wszystkie śniadania jemy tutaj.

Nowe życie, z dala od nad opiekuńczych rodziców, biegania po Uniwersytecie i ciągłego zakuwania, zapowiadało się wspaniale.

Ze snu wyrwało mnie szarpanie za ramię, nie delikatne poszturchiwanie, ale prawdziwe szarpanie.

„Zgiń, przepadnij..." wymruczałam pod nosem obracając się na drugi bok z dala od natręta. Chyba było to za mało, po chwili zabrano mi koc, włączono wieżę i odsłonięto zasłony. Otworzyłam niechętnie o pół milimetra oczy. Amanda radosna jak skowronek otwierała szerzej okno.

„Dalej Melody koniec wylegiwania. Nie chcesz się chyba spóźnić pierwszy dzień do pracy ?" słodki uśmiech jakim mnie obdarzyła wskazywał na jedno, wstawaj i nie marudź bo pojedziesz do pracy autobusem.

Nasz kochany samochodzik kosztował majątek i zupełnie nie wiem dlaczego zgodziłam się żeby to Mandy nim jeździła. Wyszłam niechętnie z łóżka kierując się w stronę łazienki gdy ten poranny potwór znów wszedł mi w drogę.

„Ruchy młoda, ruchy. Wskakuj w spodenki, idziemy pobiegać'

Czy wspomniałam, że Mandy to orędowniczka zdrowego stylu życia ? Uprawia jogging, je tylko zdrową żywność i wiecznie się odchudza, w dodatku zupełnie nie wiem dlaczego próbuje mnie w to wciągnąć. Przewróciłam wymownie oczyma patrząc na zegarek, szósta. Boże !

„Za wcześnie jak dla mnie. Poza tym ja nie biegam tylko jeżdżę na rolkach, młoda. Idź może zdążę się dobudzić zanim wrócisz"

Wypchnęłam ją za drzwi i natychmiast wróciłam do łóżka, miałam co najmniej pół godziny spokoju zanim wróci. Po 10 sekundach trzasnęły drzwi wejściowe. Koc znowu został mi zabrany, a głośność radia podkręcona.

„Mówiłam wstawaj" Mandy zepchnęła mnie z łóżka. Spojrzałam na nią krytycznie „Jesteś gorsza od mojego brata, on przynajmniej na początku jest delikatny" powiedziałam z wyrzutem.

„No cóż, ja też byłam na początku, ale ty śpisz jak zabita" wzruszyła ramionami „Bye" Pomachała mi delikatnie i ruszyła ponownie do drzwi. Gdy nimi trzasnęła, piętro niżej rozpoczęło się piskliwe szczekanie psa. Wtuliłam głowę w poduszkę, o cholera teraz to już na pewno nie zasnę.

Godzinę później czekałam na Mandy przy naszym stoliku zajadając się bajglami popijanymi kawą. Mandy skrzywiła się na mój widok.

„Jak możesz jeść coś tak tuczącego ?"

„Mogę, bo śniadanie to najważniejszy posiłek dnia i chce się najeść czegoś dobrego" odparowałam, mierząc nieprzychylnym spojrzeniem jej talerz z sałatką.

„Dziękuję bardzo, najadam się doskonale" popiła kawę i łypnęła na mojego bajgla. O rany znowu się zaczyna. Ona po prostu nie może się oprzeć tutejszym bajglom, to chyba jedyne moje zwycięstwo na polu jej żywienia, tylko że przez najbliższą godzinę będę wysłuchiwać jakie to nie zdrowe.

„Nie żałuj sobie, dla Ciebie też starczy" podsunęłam jej koszyk z diabelskim uśmieszkiem na twarzy. Czego się nie robi dla przyjaciół.

Droga do pracy minęła na szczęście nie pod znakiem zdrowego żywienia, a wątpliwości co nas czeka. Amanda zaczynała pracę w modnej kancelarii adwokackiej White & Coopers, mnie natomiast trafił się posterunek policji w samym środku miasta.

Zaczęłam się kręcić na fotelu próbując znaleźć wygodniejszą pozycję, spódniczka zmarszczyła mi się na udach, buty wpijały w stopy, a bluzka leżała jakoś dziwnie.

„Przestań się wiercić bo wszystko pognieciesz" Amy pouczyła mnie rodzicielskim tonem.

„Tak mamusiu" syknęłam pod nosem i zaraz głośniej dodałam „Gdybyś nie kazała mi się dwa razy przebierać, nic by się nie pogniotło wisząc w szafie"

„To twój pierwszy dzień i masz wyglądać przyzwoicie. To ty powinnaś wiedzieć najlepiej jak strój ma wpływ na ludzi"

Pokiwałam niechętnie głową na potwierdzenie. Wiem, wiem ale ja lubię swój styl, dobrze że spakowałam sobie do torby wygodne sandały na płaskiej podeszwie i leciuteńkie spodnie.

Mandy zaparkowała sprawnie w sznurze stojących pod posterunkiem radiowozów. Wzięłam głęboki oddech i wysiadłam, zabierając torebkę uśmiechnęłam się do Mandy niepewnie.

„Poczekaj może z 5 minut, jeśli nie wybiegnę z krzykiem przerażenia, to chyba możesz jechać do pracy"

„Będzie dobrze" próbowała dodać mi otuchy, coś nie bardzo jej wyszło.

Kolejny głęboki oddech i zdecydowany krok doprowadziły mnie pod same drzwi posterunku, tam niestety cala odwaga uleciała i ostatnie schody oraz parę metrów za drzwi przeszłam powolutku. Fala niepewności zalała mnie jak tylko zobaczyłam tłok przy kontuarze sierżanta, no i jak mam się teraz dowiedzieć co dalej ? Nie wiem ile czasu minęło, zanim odstałam kolejkę, z której z trzy razy zresztą mnie wypchnięto, ale wreszcie dotarłam do celu.

„Dzień dobry" uśmiechnęłam się promiennie. Dobry początek to podstawa. Niestety ten tutaj chyba o tym nie słyszał, zmierzył mnie niezbyt przychylnym wzrokiem.

„Włamanie, kradzież czy morderstwo ?" spytał obcesowo, uśmiech oczywiście automatycznie mi zbladł.

„Nie, nic z tych rzeczy. Gdzie znajdę kapitana Gonzalesa ? Byłam z nim umówiona, jestem Melody Starr"

Tym razem jego spojrzenie trochę złagodniało, podniósł słuchawkę telefonu i po chwili mogłam spokojnie podsłuchiwać o czym mówił.

„Kapitanie, Pani Starr do Pana twierdzi, że była umówiona" pokiwał głową wsłuchując się w odpowiedz, która trwała dziwnie długo jak na taki temat. „Oczywiście" potwierdził i odłożył słuchawkę. Zanim zdążył wyjaśnić mi co dalej, przez wahadłowe drzwi niecałe dwa metry dalej przeszło dwóch ubranych po cywilnemu ludzi, detektywi najwyraźniej. Sierżant spojrzał na nich, kiwnął głową na powitanie, a sekundę później patrzył na mnie i przysięgam wskazywał nieznacznym ruchem.

Nim się zorientowałam co się dzieje, ciągle bez słowa wyjaśnienia zostałam złapana za ramię przez jednego z nich i wyciągnięta przed posterunek. Oniemiała wydostałam się z uchwytu dopiero gdy przystanęliśmy przy samochodzie.

„Moment, chwila. Może byś tak łaskawie wyjaśnił kim jesteście i o co chodzi ?" wiem niezbyt inteligentne ale nie mam czasu na eleganckie zachowania. Rozejrzałam się poszukując wzrokiem Mandy i samochodu, spojrzałam na zegarek, no ładnie tkwiłam w kolejce dobre 25 minut, po Amandzie i mojej torbie nie został nawet ślad. Spojrzałam ponownie na mojego 'porywacza', który tylko głupkowato się uśmiechnął, przyznam przystojniak z niego, wyższy ode mnie, o co nie trudno, jakieś metr siedemdziesiąt pięć centymetrów. Kasztanowe krótko ścięte włosy, chyba niebieskie oczy, ubrany w czerwony t-shirt, czarną marynarkę i czarne jeansy, nie robił wrażenia policjanta gdyby nie kabura z pistoletem po pachą i odznaka zatknięta za pasek.

„No więc ?" nie wytrzymałam kolejnych pięciu sekund.

Spokojnie wyciągnął dłoń w moją stronę „Detektyw Nick Williams, mój partner Scott Delgado próbuje właśnie odpalić samochód. Widać niezły masz temperamencik..." uścisnęłam jego dłoń zanim zdążył dodać swoją dziwną uwagę.

„Temperamencik ? Wolę określenie charakterek" odgryzłam się. Facet zdecydowanie grał mi na nerwach. „Gdzie próbujecie mnie zaciągnąć ? Miałam się spotkać z kapitanem, a potem Dr Peterson miał mnie wprowadzić w szczegóły tej pracy, a nie ganiać po mieście z dwójką narwanych detektywów" na wzmiankę o dr Petersonie wyraźnie z markotniał. Co jest ?

„John Peterson zginął w zeszłym tygodniu podczas negocjacji ze złodziejami banku przetrzymujących zakładników" zmroziło mnie. Nie zwracałam ostatnio uwagi na wiadomości, ale rzeczywiście w zeszłym tygodniu była jakaś afera z bankiem. Nick wykorzystał moje czasowe odrętwienie i wepchnął mnie do samochodu.

„Ale... to nie możliwe... przecież... ale..." rozmawiałam z nim w zeszłym tygodniu, ustaliliśmy, że na początku we wszystko mnie wprowadzi i będzie dawał łatwiejsze przypadki, dopiero później puszczając mnie na głęboką wodę. Cisza w samochodzie była dość niespodziewana, myślałam że panowie są bardziej narwani. Cóż pierwsze wrażenia też bywają mylne.

„Kapitan zgodził się aby na początek do trudniejszych spraw wzywać bardziej doświadczonych negocjatorów, będziesz im towarzyszyć, a potem przejmiesz pałeczkę. Teraz masz proste zadanie, na moście Nadziei mamy samobójczynię, musisz z nią porozmawiać" Nick ani Scott nie wyglądali na zbyt szczęśliwych, w obecnej sytuacji jednak wcale ich nie winiłam, ten dzień zapowiadał się coraz gorzej.

Na miejscu Williams poszedł pogadać z mundurowymi, którzy otoczyli wszystko dookoła zamykając nawet jeden pas ruchu, podczas gdy Scott dotrzymywał mi towarzystwa wyjaśniając policyjne procedury. Słuchałam go jednym uchem, na szczęście podstawowe szkolenie miałam za sobą, zastanawiając się jak rozwiązać ten problem, wstyd się przyznać, ale nie ukończyłam studiów z wyróżnieniem, a połowy przedmiotów już nie pamiętam. Niech mnie ktoś ratuje !

Na czymś co wyglądało jak parapet mostu, przytulona do jednego z przęseł siedziała młoda dziewczyna, z tego co udało mi się dojrzeć wyglądała na jakieś 16 lat, ale pozory mylą jak wiadomo. Mogła ich mieć i z 20 albo i 25 w tym hollywoodzie nigdy nic nie wiadomo. Scott popchnął mnie delikatnie w kierunku barierki „Odwagi, debiuty nie są takie straszne" łatwo mu mówić, on swój miał już za sobą. Zresztą to nie on ma przejść przez barierkę w obcisłej spódniczce i niewygodnych butach na obcasie.

Przeklęta barierka, jak to na moście miała dobre metr trzydzieści wysokości, zdecydowanie była za wysoka jak na jeden zgrabny przeskok. Podpórkę pod pantofel znalazłam dopiero trzy metry od miejsca gdzie usadowiła się dziewczyna, powoli wywindowałam się w górę. Ledwo przełożyłam jedną nogę ręce zaczęły mi się straszliwie trząść, Boże jak ja nie cierpię wysokości. Po chwili stałam już niezbyt pewnie po drugiej stronie, na czymś co z daleka przypominało duży pas metalu, z bliska okazało się mniejsze od mojego buta. Starając się nie patrzeć w dół i trzymając się barierki ruszyłam powoli w stronę mojej pierwszej 'ofiary'.

„Nie podchodź bliżej bo skoczę" uprzedziła mnie po około półtora metra mojej wędrówki. Chyba na oglądała się za dużo filmów, ale nie to nie. Usiadłam starając się cały czas nie patrzeć w dół, jak ja nie cierpię wysokości. Siedziałyśmy tak sobie machając nogami, nawet zaczęło być przyjemnie, żadnych samochodów, w oddali tylko głosy ludzi, lekki wiaterek i grzejące słoneczko. Zamknęłam oczy, może chwilę się zdrzemnę.

„Czemu nic nie mówisz ?" no to tyle jeśli chodzi o drzemkę.

„A co mam mówić ?"spytałam głupawo. Ratowanie ludzi nie było dzisiaj w moich planach i może zabrzmi to egoistycznie nie miałam ochoty na siedzenie na tym moście. Zamiast siedzieć i czekać na gliniarzy mogła dawno skoczyć, wiec najwyraźniej już nie skoczy. To co ja tu do diabła robię ?

„Jesteś inna niż tamci" stwierdziła ni stąd ni z owąd po kolejnej chwili.

„Tamci ? Którzy ? Jacy tamci ?" coś zaczynało się kroić, im szybciej ją zdejmę tym szybciej wrócę na posterunek i oddam się nudnej i bezpiecznej robocie papierowej...

„Poprzednio przysłali takiego śmiesznego niskiego facecika w okularach ze szkłami jak akwarium. Był nawet sympatyczny, to on mnie przekonał..." wtuliła się głębiej w ramiona.

Swoją drogą to była niezła sztuka siedzieć na tym parapeciku z kolanami pod brodą i splecionymi na nich ramionami, prawdziwa akrobatyka. No więc jedną rzecz mamy jasną to recydywistka, pytanie dlaczego zeszła poprzednio a teraz wróciła na most ? Hmmm... niski facecik w okularach... cholera, Peterson. No to po zawodach, jest tylko jeden sposób żeby ją ściągnąć, no dwa ale jeden nie wchodzi już w rachubę. Trzy jeśli sama ją zepchnę jej nie będą przesłuchiwać jako samobójczyni za to mnie posądzą o próbę zabójstwa, lepiej nie.

„To może załatwimy to w ten sposób, ty mi opowiesz dlaczego ten most nazywają mostem Nadziei, a ja ci opowiem jak to jest nie mieć zielonego pojęcia jak cię stąd wywabić"

Gdy sens moich słów do niej dotarł spojrzała na mnie w takim szoku, że gdyby nie miejsce w którym się znajdowała zaczęła by uciekać z krzykiem albo uśmiechałaby się szeroko dzwoniąc na pogotowie psychiatryczne.

„Masz nie po kolei w głowie, wiesz ?" zagadnęła już całkiem rozluźniona.

Proszę państwa o oklaski, uśmiechnęłam się w duchu, ta pani już jest moja.

„Wiem, wiem ciągle różni ludzie mi to powtarzają. A teraz, będziemy tu tak siedzieć czy możemy już wrócić na drugą stronę ?" zaczęłam się powolutku podnosić, dziewczyna przez chwilę jeszcze siedziała nieruchomo obserwując, potem spokojnie wstała i prawie jednym ruchem przeskoczyła na drugą stronę. Cholerna akrobatka, a mnie znowu czeka przełażenie przez tą cholerną barierkę. Scott musiał zauważyć co się dzieje bo zatrzymał moją 'ofiarę' na rozmowę zanim nie znalazłam się bezpiecznie po drugiej stronie.

„Tak przy okazji jestem Melody Starr, jeśli znowu będziesz miała jakieś kłopoty to wpadnij na rozmowę do mojej kanciapy na 53 posterunku, zamiast wybierać się na podziwianie mostowych widoków" uścisnęłyśmy sobie dłonie „Rebeca Saw, ale możesz nazywać mnie Beca" pomachała mi jeszcze i zniknęła w tłumie gapiów.

„Co Ty sobie wyobrażasz !! Nie wolno wypuszczać samobójców przed konsultacją z psychiatrą, powinna pojechać do szpitala !!" Williams naskoczył na mnie zaraz po odejściu Becky, ton jego głosu wskazywał jednoznacznie, że jestem głupia i niedorozwinięta i w ogóle co ja tu robię. Nie namyślając się długo odwróciłam się na pięcie pokazując mu język i mrucząc pod nosem „A samemu to nie łaska było ją zatrzymać ?"

Na moje szczęście nie widziałam jego miny, musiała być świetna, ale reakcja Scotta powiedziała mi o wiele więcej. Nikt Nickowi jeszcze nie dogadał, moje pierwsze małe zwycięstwo, no drugie jeśli liczyć Bekę. Teraz dzień zapowiadał się na trochę lepszy.

Do domu wróciłam wykończona, cały dzień okazał się dziwaczny. Najpierw most Nadziei z Becky na pokładzie, zresztą nadal nie wiem dlaczego tak go nazwali. Potem miałam nadzieję na trochę spokoju, jednak najwyraźniej nie to było w planach. Biurko zarzucono mi papierzyskami z poprzednich spraw Petersona w ramach zapoznania się z jego metodą, a dzień urozmaicano awanturami na posterunku oraz akcjami zewnętrznymi czyli awanturami na dzielnicy. Nie mam pojęcia po co ciągali mnie ze sobą, zawsze mi się wydawało, że gliny same mają załatwiać takie sprawy. Dzięki temu poznałam okolicę posterunku, połowę gangów z dzielnicy, część mieszkańców oraz oczywiście CAŁY posterunek. Plotka ma potężną siłę, wszyscy chcieli poznać osobę, która przygadała Williamsowi.

Ledwo usiadłam na kanapie wejściowe drzwi trzasnęły, pies sąsiadów znowu zaczął szczekać, a do mieszkania wkroczyła Mandy. Wbrew oczekiwaniom wyglądała równie elegancko jak rano jednak jej mina świadczyła dobitnie o sztormowym humorze. Zmierzyła mnie ponurym wzrokiem, rzuciła torbę na stolik i opadała obok na kanapę z głębokim westchnieniem.

„Bądź tak dobra i jedno mi wyjaśnij. Dlaczego po skończeniu z wyróżnieniem najlepszego wydziału prawa w tym kraju, dostania pracy w najlepszej kancelarii adwokackiej na zachodnim wybrzeżu, przez pół dnia nie robię nic innego tyko parzę kawę ?!"

„A nie zapomniałaś powiedzieć, że jesteś radcą prawnym, a nie sekretarką ?" spytałam niewinnie.

„Melody !! Bądź poważna. Myślałam, że na początku będzie to wyglądać zupełnie inaczej" westchnęłyśmy równocześnie, spojrzała na mnie trochę milej „Tobie też nie było łatwo ?"

Pokiwałam głową „Trudne początki"

KONIEC

9

Favorite : Story Author   Follow : Story Author

  .    .