
| Dzień na wyścigach
Author: Saerie Do słuchania polecam "Highway star" zespołu Deep Purple. Wpleciony kawałek tekstu musiałam odrobinę zmodyfikować, żeby pasowało do całości. Ogólnie, dla miłośników prędkości.
Rated: Fiction T - Polish - Words: 811 - Published: 05-11-08 - Status: Complete - id: 2516245
|
|
A+ A- |
Nobody gonna take my bike
I'm gonna race it to the ground
To naprawdę piękna niedziela, słońce grzeje mocno, przypominając wszystkim, że to już wiosna. Takie popołudnia spędza się na spacerze z rodziną albo... no właśnie, tu na torze, oglądając zmagania innych. W pełnym słońcu w tym kombinezonie jest trochę ciepło, ale gdy prędkość podskakuje do 200km/h pęd powietrza jest zimny i ostry.
Nie lubię startować ze środka stawki, zawsze jest niebezpieczeństwo, że ktoś cię uderzy, albo wjedzie w koło. Muszę się gładko przedostać do przodu. To moja jedyna szansa. To już za moment, dosłownie za moment. Wszyscy ustawią się na swoich polach i zaczniemy się ścigać. 21 długich okrążeń. Patrz na światła. Czekaj aż zgasną a potem do przodu. Czekaj aż zgasną...
Twierdzę, że lepiej trochę spóźnić się na starcie niż zaliczyć falstart.
Ryk ruszających dwudziestu maszyn po prostu ogłusza. To jak burza połączona ze startem odrzutowca. A ja jestem w środku, skupiony, cholernie skupiony.
Nobody gonna beat my bike
It's gonna break the speed of sound
Pierwszy zakręt poszedł gładko, teraz drugi... Powoli trzeba przedzierać się do przodu. Jestem na szóstej pozycji. Nie jest źle. Nikt z czoła jeszcze nie odjechał. No to sprawdźmy komu dziś Fortuna pośle swój uśmiech. Mały ruch nadgarstkiem a silnik ryczy niczym dzikie zwierzę. I na wyjściu z zakrętu jestem już piąty. Na tym motocyklu, moje hamowania to niebezpieczna broń. Kawałek prostej. Ponownie delikatnie kręcę manetką gazu a motocykl wyrywa do przodu. Teraz łagodnie na hamulec.
Trzeba było wchodzić węższym torem! Teraz byle utrzymać się, nie oddawać miejsca. Jeden zakręt, drugi. Chyba odskoczyłem i już jestem czwarty. Teraz pierwsza trójka, trochę odjechali, ale jeszcze nie na tyle, bym musiał się tym poważnie martwić. Poczekam, przyczaję się, a okazja sama się znajdzie.
Spokojnie. Grunt to nie tracić zimnej krwi.
Trochę przestrzelony ten zakręt. Twoja strata, moja wygrana. Moment dekoncentracji przeciwnika i jestem już trzeci. I wypad na prostą. I pełen gaz! Czerwona lampka błyska po oczach, bieg wyżej, silnik wyje, lampka znów świeci, znów bieg wyżej. I wiem, że mam tej chwili jakieś 300km/h. To nie jest normalna prędkość, to druga kosmiczna! Pozwala wyjść poza orbitę zwyczajnych doznań! Euforia nie trwa zbyt długo, trzeba hamować. Bieg w dół i w dół i w dół. I przerzut motocykla w drugą stronę. Dobra, robaczki, koniec zabawy, pora zabrać się za porządne wyprzedzanie. Trzeba zdobyć dobre punkty jeśli myśli się o obronie tytułu mistrza.
A ja o tym myślę cały czas.
Ileż prawdy w powiedzeniu, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta? Dzięki ich przepychankom jestem już pierwszy. Tak to się kończy, gdy nie wiadomo kiedy odpuścić. Trzeba umieć wyzuć tę subtelną różnicę między prawdziwą okazją a brawurą. Wy jej nie wyczuliście. Teraz najtrudniejszy etap, prowadzenie wyścigu. Teraz to ja jestem zwierzyną, którą każdy chce dopaść. Tym bardziej, że wyprzedziłem ich po ich głupim błędzie. Ale ja się nie boję. Najważniejsze to nie stracić koncentracji i jechać tak szybko jak tylko się da. Uciekać, zyskiwać cenne ułamki sekund. 0.3, 0.4, potem 0.7 sekundy. To niby tle co mrugnięcie, tyle co nic w normalnych warunkach, tu, to cała wieczność. Mam już 1.1 sekundy. Na torze to bardzo dużo. Zapewnia mi to pewien komfort psychiczny. To jak bufor bezpieczeństwa. Ile do końca? Jeszcze 10 okrążeń. Straciłem już ponad połowę paliwa, dzięki czemu motocykl jest dużo lżejszy. I szybszy. Niestety, opony są już zużyte. Jeszcze nie jest źle, ale wchodzenie w zakręt zaczyna się robić coraz bardziej ekscytujące. Czuję jak tył idzie bokiem. Efektowny uślizg, zapewne pokażą go kilka razy w powtórkach. Piękny manewr, tyle, że zupełnie nieefektywny. Mam nadzieje, że tamci ślizgają się podobnie jak ja, bo inaczej może być jeszcze gorąco. Im mniej okrążeń tym większa adrenalina i poczucie, że „muszę to wygrać". A to cholernie zgubne uczucie...
Nie wiem czy to ryk motocykla czy też ludzie skandują moje imię. Może być jedno i drugie. To przecież ostatnie okrążenie. Najgorszym jest rozluźnić się w tym momencie. Dlatego, bo od razu wylecisz z toru. Chyba równie nieprzyjemnym doświadczeniem jak wylecenie z toru na ostatnim okrążeniu jest wylecenie tuż po starcie. Sekwencja zakrętów, szykana, zakręt i prosta. Ostatni raz odkręcam gaz, koło idzie w górę. Ludzie wiwatują. Jestem dla nich bohaterem.
Jestem spocony, zmęczony i szczęśliwy. Serce chce mi wyskoczyć z piersi a w głowie huczy.
I'm a highway star!
Wygrałem wyścig. Znowu, jak powiedzą niektórzy. Ale zwycięstwo jest zwycięstwem i jego smak zawsze jest słodki. Udowodniłem, że tego dnia byłem najszybszy, najbardziej skoncentrowany. Po prostu tego dnia to do mnie uśmiechnęła się Fortuna. Choć nie wiem jak byłbyś dobry, odrobinę farta zawsze trzeba mieć. Inaczej psuje ci się maszyna albo wjeżdżają ci w koło. A tak, stoisz na podium, piękne dziewczyny wręczają ci szampana a tłum skanduje twoje imię. Najpiękniejsza rzecz w życiu. W tę piękną niedzielę.
|
||||||