Niezwykłe uczucie ssania w żołądku towarzyszyło jej przez cały spacer. Jeśli pędzenie przez miasto na pełnych obrotach można nazwać spacerem. Z roztargnieniem mijała przechodniów podziwiających sklepowe wystawy, co jakiś czas potrącając niektórych. Potarła dłońmi o zimne policzki, uszy i wreszcie rozczochrała jeszcze bardziej włosy. Lekkie gniecenie i ssanie powróciło do jej brzucha, niespokojne myśli przeleciały przez głowę. W chwili gdy jej wzrok napotkał szyld całodobowego sklepu z alkoholem małe trybiki w głowie ruszyły z miejsca uruchamiając lawinę skojarzeń. Alkohol. Jakikolwiek, zaraz, natychmiast, już. Przystanęła na chwilę próbując złapać głębszy oddech. Potrącił ją jeden przechodzień, potem następny i następny, jak ta głupia stanęła na środku pieszego pasa ruchu. Przeskoczyła na pas postojowy i drżącymi rękoma wyciągnęła paczkę papierosów. Zimny wiatr dwa razy gasił płomień zapalniczki, pomagały mu lodowate okruchy śniegu padające na wszystko dookoła. W końcu słodki aromat cynamonu zmieszanego z tytoniem dotarł do jej nozdrzy, zaciągnęła się głęboko pozwalając dymowi wniknąć w najciemniejsze zakamarki jej organizmu. Ucisk w żołądku zelżał, po kolejnych dwóch porządnych wdechach zapomniała, że w ogóle był.

Trochę przytomniejsza rozejrzała się dookoła siebie. Rambra zawsze była zatłoczona, centrum rozrywkowo-zakupowe miasta, które zresztą też zawsze było zatłoczone. Na kopule okrywającej miasto znowu można było ujrzeć pęknięcia oznaczające kolejny rok wielomiliardowych wydatków. Kiedyś takie sumy szły na usprawnienie wojska, walkę z terroryzmem i kampanie antynarkotykowe. Wszystko się zmieniło po ataku. Przynajmniej jeśli wierzyć dorosłym, to wszystko się zmieniło. Z jej prywatnego punktu widzenia wszystko było nadal takie samo, zima, płatki śniegu, co prawda sztuczne, ale nadal zimne. Pomyślałby kto że mając taka kopułę nad głową dali by sobie na luz z tworzeniem prawdziwej atmosfery i pór roku. Przecież nikt poza dzieciakami nie cierpiał zimna i śniegu. Chlapa rozjeżdżonego błota przewalała się po chodnikach, a padający śnieg zakłócał loty transportowców.

Zaciągając się ponownie przeskoczyła ponownie na pas ruchu i zaczęła nabierać prędkości. Na Rambrze lepiej było chodzić szybko, każdy poruszający się z prędkością zakupowicza ryzykował utratę paru cennych elementów wyposażenia standardowego. Ot jak na przykład komunikatora osobistego, który właśnie zniknął w jej kieszeni… Panienka w stylizowanym szkolnym mundurku straciła po chwili bransoletkę wysadzaną diamentami, następna była starsza pani z ratlerkiem pod ramieniem, która nawet nie zauważyła braku karty identyfikacyjnej. Zapowiadał się niezły dzień, jeśli tylko w ciągu następnych piętnastu minut uda jej się dotrzeć do końca ulicy.

Jeszcze tylko tysiąc metrów. Parę straganów z ciepłym jedzeniem domagało się intensywnie jej uwagi, chwyciła w przelocie coś od Pana Tai. Nawet się nie zająknął, odda mu później, wgryzła się w ciepły i słodki miąższ sztucznej pomarańczy, by po chwili z głośnym przekleństwem celnie rzucić w sprzedawcę z egzotycznymi rybami. Pan Tai przebiegle na samym skraju zostawił zgniłe owoce. Z wyglądu się nie psuły, ale skubane miały specyficzny posmak chemikaliów gdy było już po terminie ich ważności. Na szczęście sprzedawca nie zauważył ze złota rybka z najdalszego rogu zniknęła razem ze swoim platynowym domkiem wysadzanym rubinami. Ci bogaci na pewno nie mieli wyobraźni….

Kolejny mach papierosa, minimalne przyspieszenie kroku i parę minut do celu. Jeszcze chwila i poranny spacer nie okaże się zupełnie taką porażką. Gdy sięgała po kolejną jakże łatwą zdobycz włoski na karku stanęły dęba, zatrzymała się gwałtownie zmuszając paru ludzi do awaryjnego wymijania i jeszcze kilku na dość bolesne spotkanie z łokciem pod żebra. Nagły powiew ciepła na dłoni mógł oznaczać tylko dwie rzeczy albo zwijała coś zabezpieczonego obwodem elektrycznym, wątpliwe, głupia nie była. Albo ktoś właśnie ją dopadł, powoli wycofała dłoń, na nadgarstku tkwiła nowoczesna bransoleta kajdanek z najbardziej wytrzymałych tworzyw syntetycznych. Nonszalancko spojrzała ponad rękę próbując ocenić kto ją złapał i czy znajdzie się sposób na ucieczkę. Napotkała czarne oczy, niebieskie czułki i szpiczaste uszy niezdarnie wciśnięte w zieloną czapkę policyjna. Uśmiechnęła się starając wyglądać jak najbardziej niewinnie, co prawda mogło to być trochę trudne w wysokich glanach, wytartych wojskowych spodniach, czarnej koszulce na ramiączkach i czarnym polarze, ale robiła co mogła. Mrugnęła szybko powiekami pozwalając by soczewki zakryły jej prawdziwy kolor oczu a jednocześnie zmieniły kształt tęczówki. W jednej chwili jej naturalne żółto-zielone oczy, zmieniły się w szaro-bure, a co najważniejsze zmieniła się informacja, którą właśnie skanował policyjny robot. Na jego nieszczęście był za głupi by nie złapać się na ten mały fortel. Po chwili zgrzytnął, wydał z siebie przeciągły pisk i kajdanki opadły bezszelestnie, a z pseudo ust wydobyły się zgrzytliwe przeprosiny.

Tym razem zamiast mrugać włożyła staromodne ciemne okulary, które właśnie zdjęła z głowy kobiety przechodzącej obok i klepnęła robota centralnie w środek układu sterującego. Gdy znikała za zakrętem wzbudzał panikę wśród przechodniów aresztując każdego w zasięgu ręki i kiwając się niebezpiecznie na boki. Nie ma to jak minimalna znajomość mikroelektroniki i malutki niebezpiecznik na dłoni, specjalnie na takie okazje.

Zwijając aparat fotograficzny z kieszeni nierozgarniętego turysty pstryknęła mu dwa zdjęcia i zwinęła się w zaułek tuż na końcu promenady. Jeden szybki skok przez siatkę, małe salto między dwoma belkami i szybki zjazd po poręczy i była na miejscu. Pociągnęła ostatniego macha z dogasającego papierosa, zdeptała niedopałek obcasem i głęboko westchnęła. Przyjrzała się sobie krytycznie, wypolerowała czuby butów o nogawki, obciągnęła koszulkę i zapięła poprawnie kurtkę, przejechała dłonią po włosach i zarzuciła plecak na oba ramiona. Prawie gotowa sięgnęła jeszcze do wewnętrznej kieszeni kurtki i pociągnęła mały łyk na dodanie sobie odwagi, nie ma to jak samogon. Splunęła dla większego efektu i po chwili zniknęła za kolumnami prowadzącymi do masywnych drzwi z grawerowaną mosiężną tablicą na drzwiach – Wydział Prawa, wejście służbowe.

KONIEC