Zatrzymalo go szarpniecie. Prowadzony na smyczy dwuletni husky odczul potrzebe osikania znaku drogowego. Zaspokoiwszy pragnienie podreptal w kierunku wlasciciela.

Spacerowali brzegiem niewielkiego lasku, kilkunastohektarowej oazy roslinnosci w srodku miejskiej dzungli. Pierwotny charakter parku podkreslal brak nawet elektrycznego oswietlenia. W nocy malo kto sie tam zapuszczal.

Ale jemu to nie przeszkadzalo. Juz jako dziecko nie wierzyl w bajki o potworach pod lozkiem i duchach w szafie. Dlatego tez, gdy pies zatrzymal sie nagle i zaczal warczec ostrzegawczo zignorowal go.

- No chodzze - zniecierpliwiony szarpnal smycza. - W przeciwienstwie do ciebie musze wstac jutro rano.

Pies ani drgnal. Nawet gdy pociagnal z calej sily udalo mu sie jedynie przesunac go o krok czy dwa. Cos przykulo jego uwage.

Nagle husky wyrwal z miejsca, wyszarpujac smycz z dloni swego pana i ujadajac donosnie pognal w noc miedzy drzewami.

- Roland! - wrzasnal. - Roland, wracaj!

Jedynym odzewem bylo szczekanie, ktore po chwili ucichlo.

- No super - mruknal. - Tylko tego mi brakowalo.

Nie majac innego wyjscia podazyl za psem.

Przez pierwsze kilkanascie metrow mrok rozjasnial blask ulicznych lamp. Potem byla juz bezgraniczna ciemnosc. Nie chcac wpasc na drzewo zatrzymal sie na chwile, by oczy przywykly do ciemnosci. Po kilkukastu sekundach zaczal rozrozniac zarysy pni, ale i tak widzial niewiele.

- Roland!

Cisza. Obejrzal sie przez ramie, ulice widzial jedynie jako jasna szczeline pomiedzy drzewami.

Powoli posuwal sie do przodu z jedna reka wyciagnieta przed siebie dla pewnosci. Jednoczesnie wygladal bialej plamy psiego futra.

- Roland! - krzyknal po raz kolejny. - Ty parszywy pchlarzu, jak cie dopadne...

Potknal sie o wystajacy korzen i by sie nie przewrocic oparl sie o pien. Kora drzewa byla lepka i mokra. Przysunal dlon do twarzy, ale nic nie byl w stanie dojrzec. Nagle go olsnilo. Druga reka wyciagnal z kieszeni komorke i oswietlil dlon. Byla cala we krwi, do skory przyklejonych bylo kilka jasnych klakow.

- Co jest? Roland?!

Z boku dobiegl cichy szelest. Spojrzal w tamtym kierunku. W krzakach dojrzal jasny ksztalt. Podszedl do niego.

- Tu jestes. No chodz...

W slabym blasku komorki dojrzal rozprute cialo Rolanda, pozbawione glowy i trzech nog. Zebralo go na wymioty, ale patrzyl na trupa jak zaczarowany.

Nieoczekiwanie wszystko zniklo, gdy wylaczyl sie wyswietlacz telefonu, wiec wlaczyl go z powrotem.

Kolejny szelest z boku.

Odwrocil sie.

Telefon wypadl mu z reki, gdy zostal powalony na ziemie. Nie mogl krzyczec, przerazenie odebralo mu mowe. Mogl jedynie patrzec blagalnie na lsniacy blekitem ksztalt, jakby ten mial uratowac mu zycie, podczas gdy cos rozpruwalo mu brzuch i wywlekalo na wierzch wnetrznosci.

Tracil wzrok.

Ustawione na dziesiec sekund podswietlenie wylaczylo sie i zapadla ciemnosc.