Pomieszczenie było mroczne i duszne, a jego wystrój – odpychający. Na półkach pod kamiennymi ścianami stały słoje, urny, flakony i wiele innych naczyń, w których pływały najobrzydliwsze i najdziwniejsze rzeczy dostępne ludzkiemu poznaniu. Z sufitu zwisały zardzewiałe łańcuchy, co nasuwało skojarzenie z salą tortur. Pośrodku sali wisiał stary, żelazny świecznik, na którym paliło się siedem z dziewięciu świec. Wszędzie było pełno kurzu, ale nie widać było pajęczyn. Najwyraźniej nawet pająki nie chciały tu przebywać. Wyglądało to jak laboratorium jakiegoś szalonego alchemika, czy też – sądząc po pływających w szklanych pojemnikach wnętrznościach i kawałkach ciała – obłąkanego nekromanty. Zresztą nie było to wcale tak dalekie od prawdy. Na topornie wyrzeźbionym z czarnego drewna, poplamionym i miejscami wypalonym stole walały się niechlujnie zapisane zwoje, które w momencie wejścia do sali smukłej, czarnowłosej kobiety z nietoperzymi skrzydłami, były studiowane przez zgarbionego mężczyznę o długich, pajęczych palcach, w splamionym czymś czerwonym fartuchu, który biegał wzrokiem po tekście i mamrotał coś sam do siebie. Odwrócił się, słysząc skrzypnięcie ciężkich, okutych żelazem drzwi swojej pracowni, ale już po chwili wrócił do studiowania kawałków papieru, nie zwracając najmniejszej uwagi na Dokuyę, która właśnie weszła.

- Witaj, Magforusie. Dawno się nie widzieliśmy. To będzie już chyba... ponad trzysta lat od naszego ostatniego spotkania.

- Daruj sobie, Morito. Nigdy nie zwykłaś przychodzić do kogoś, nie mając do niego interesu korzystnego tylko dla ciebie. Czego chcesz? – odpowiedział jej skrzekliwym głosem garbaty mężczyzna.

- Mortio, jeśli już – poprawiła go z irytacją - Nigdy nie miałeś pamięci do imion, więc ci wybaczam ten błąd. Ale widzę, że inne rzeczy pamiętasz doskonale. Owszem, mam do ciebie pewną sprawę. Ale tym razem jest to propozycja korzystna dla obu stron.

Mężczyzna prychnął.

- Ty i uczciwość? To nie jest możliwe. Bardziej prawdopodobne byłoby zakwitnięcie kwiatów w mojej pracowni. Ty nigdy nie byłaś uczciwa. Żaden kodeks nie miał dla ciebie znaczenia – zgarbiony człowiek odwrócił się gwałtownie – Nawet wasz porąbany kodeks Dokuy nic dla ciebie nie znaczy! Dla ciebie, Mortio, nie ma rzeczy świętych.

- Masz rację, Magforusie, ale kogo to obchodzi? Władzę mają ci, którzy są bezwzględni i stanowczy. Gdybym przestrzegała zasad Kodeksu Mrocznej Połowy, to nigdy nie zdobyłabym takiej mocy, jaką teraz dysponuję.

- Tak? A na co ci ta moc tutaj? Ta Płaszczyzna blokuje wszelkie magiczne zdolności, tak gdybyś nie zauważyła! Gdybym nie był taki głupi, by się zaciągnąć na służbę do ciebie, to nigdy nie wylądowałbym w tej zaplutej dziurze na krańcu Płaszczyzny Wygnańców, zapomniany i wyklęty!

- Daj mi szansę, Magforusie. Naprawię wyrządzone ci krzywdy. Otrzymasz laboratorium tuż pod Powierzchnią. Będziesz miał swoich asystentów i nieograniczone pole możliwości dla twoich badań i eksperymentów. Gdy osiągnę swój cel, nie będziesz musiał korzystać z gnijących zwłok, dam ci możliwość przeprowadzania doświadczeń na żywym towarze. Co ty na to?

Magforus westchnął chrapliwie.

- A myślałem, że chociaż trochę zmądrzałem przez te trzysta lat. Dobrze, Mortio, czego chcesz w zamian?

Dokuya uśmiechnęła się z satysfakcją.

٭

Mortia i Magforus stanęli przed starymi drzwiami. Garbaty mężczyzna wyciągnął z kieszeni poplamionego fartucha kilka kluczy, po czym zaczął szukać tego właściwego. Po chwili już trzymał w ręku tylko wielki, ciężki klucz. Był tak zniszczony, że trudno było określić jego pierwotny kształt i materiał, z którego został wykonany. Cudem było, że dało się nim otworzyć zamek, do którego był przeznaczony. A jednak drzwi stanęły otworem zadziwiająco szybko. Skrzypnęły przeraźliwie, odsłaniając pomieszczenie za nimi. Nie było tam żadnego źródła światła, więc Magforus wziął do ręki hubkę i krzesiwo i zapalił za ich pomocą pochodnię. Pomarańczowy płomień rozświetlił wnętrze niezbyt dużej komnaty, pośrodku której stał zardzewiały kocioł. Człowiek podszedł do niego i wyciągnął z kieszeni swojego fartucha kilka flakonów. Zajmowały one razem sporo miejsca i zapewne były dość ciężkie, więc Mortia podejrzewała, że ktoś musiał rzucić na ten fartuch zaklęcie Podróżnika. Zmieszczenie takiej ilości rzeczy w zwykłym fartuchu byłoby niemożliwe. Tymczasem Magforus wrzucał zawartość przyniesionych naczyń do kotła, mamrocząc coś jak zwykle pod nosem. Najwyraźniej skończywszy wkładanie i wlewanie składników do baniaka, mężczyzna wziął oparty o ścianę drąg i zaczął mieszać. Zajęło mu to blisko godzinę. W końcu odstawił pręt, wziął kilka butli, które wcześniej ze sobą przyniósł i napełnił je cynoberowym, gęstym płynem. Bez słowa wręczył naczynia Mortii, po czym wskazał chudym palcem na drzwi.

- Chcesz mnie stąd wyrzucić? – spytała kobieta z czymś na kształt rozbawienia.

- Zgadłaś. Wywiązałem się ze swojej części umowy, masz, co chciałaś, więc teraz się wynoś. I nie wracaj bez zdobycia dla mnie obiecanego laboratorium tuż przy powierzchni. - rzucił jej ponaglające spojrzenie. - No już, sio mi stąd!

- Nie radziłabym...

Dokuya zaczęła skupiać energię, najwyraźniej zamierzając rzucić jakieś zaklęcie, ale nagle jęknęła i osunęła się na ziemię. Magforus podszedł do niej, mówiąc:

- Wybacz mi, Mortio, ale zabezpieczyłem się na wypadek twojego powrotu. Tutaj nie możesz rzucać czarów. Nie radzę więc dalej próbować. Wykończysz się.

- Niech cię diabli...

- Czemu mówisz o tym w czasie przyszłym? To już mnie spotkało – zaśmiał się chrapliwie – To już mnie spotkało...

Zignorowała jego rękę, podniosła się o własnych siłach z ziemi, wściekłym gestem wzięła torbę z naczyniami, którą jej dał i wyszła, uniesiona gniewem.

٭

Mortia weszła do swojej sypialni i zatrzasnęła drzwi, opierając się o nie plecami. Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, po czym rozejrzała się po komnacie. Naprzeciwko drzwi, którymi weszła były jeszcze jedne drzwi. Nie było tu okien. Jedyne źródła światła stanowiły tańczące na rozstawionych po kątach pokoju tarczach płomyki ognia i mała fontanna, wyrzucająca płonącymi kaskadami lawę ze swojego kamiennego wnętrza. Pod jedną ze ścian stało łoże z baldachimem koloru pośredniego między czernią a czerwienią i tej samej barwy pościelą. Sama konstrukcja wykonana została z kardebi'i - stalowego drzewa - i była bogato rzeźbiona. W komnacie nie było prawie żadnych innych mebli, gdyby nie liczyć kilku półek, na których stały egzotyczne artefakty oraz magiczne przedmioty. Wszystko było uporządkowane i posortowane według przeznaczenia. Mortia rzuciła w kąt torbę, w której miała preparaty od Magforusa, podeszła energicznym krokiem do łoża i rzuciła się na pościel. Leżała tak dłuższą chwilę, oddychając głęboko i usiłując się uspokoić. „Ostatnio zbyt łatwo ulegam emocjom. Tak nie może być! Jestem jednym z najwyżej postawionych Demonów! Najmożniejsi spośród Upadłych omijają mnie szerokim łukiem! Kto by pomyślał, że tak potężna władczyni daje się ponieść emocjom jak nędzna istota ludzka..." myślała Mortia, wpatrując się w naszpikowany stalaktytami sufit. Po chwili poderwała się z legowiska i, wziąwszy tobołek z miksturami Magforusa, podeszła do drzwi naprzeciwko tych, którymi weszła.

Światło rzucane przez lawę z fontanny zatańczyło na jej skrzydłach i odkrytych plecach, gdy wsuwała misternie rzeźbiony klucz z ciemnego metalu do zamka w drzwiach. Po chwili otwarły się cicho i kobieta weszła do obszernego pomieszczenia zalanego pomarańczowym światłem. Jego źródłem był lampion magmowy; wykonany ze specjalnie umagicznionego szkła, półkolisty pojemnik, w którym krążyła lawa. Świadectwem jego magicznej natury mogły być choćby symbole, pokrywające całkowicie powierzchnię niezwykłej lampy. Na wyrzeźbionych w skale półkach spoczywały składniki magicznych substancji, bądź też gotowe preparaty.

Centrum pokoju stanowiło głębokie zagłębienie, w tej chwili puste, ale często zapewne wypełniane zawartością półek. Pod jedną ze ścian stał stół, a na nim leżały, poukładane odpowiednio przyrządy do przygotowywania składników zaklęć. Mortia chwilę stała w drzwiach, rozglądając się uważnie po pomieszczeniu, jakby próbowała w ten sposób sprawdzić, czy wszystko jest w takim stanie, w jakim to zostawiła wcześniej. W końcu weszła do środka i zatrzymała się przed zagłębieniem w ziemi. Wyjęła z torby butelki z cynoberową miksturą, po czym zaczęła ich zawartość wlewać do misy.

- Trudno. Nie mogę już dłużej zwlekać. Czas sięgnąć po drastyczne metody.

Płyn zaczął się skręcać i wirować, jakby się niecierpliwiąc. Mortia, wpatrzona w substancję jak zahipnotyzowana, zaczęła powoli zdejmować z siebie czarną suknię. Naga, weszła do zagłębienia. Mikstura sięgała jej do połowy łydek i wspinała się po nich w górę. Dokuyę przeszył dreszcz. Otuliła się skrzydłami. Ciecz oplatała ją, wchodząc coraz wyżej.

- Nie ma już odwrotu...

Mikstura pochłonęła ją całkowicie.

٭

Okinata: Ii druga część. Boginie jedne wiedzą, czy by się w ogóle pojawiła, bo na dobrą sprawę zapomniałam o tej stronie. No, ale jako że powiadomienia o reviewach przychodzą na maila, to zostało mi to przypomniane. Ogromne dzięki za komentarz, mam nadzieję, że ciąg dalszy nie zawiedzie pokładanych w polskich twórcahc nadziei! o,-