Wieża na zamku


Stary mężczyzna z siwą brodą i srebrnymi oczami spojrzał na jasnobłękitny eliksir w fiolce stojący na półce. Uśmiechnął się do siebie, a zmarszczki dodały mu lat.

Miał na sobie ciemnofioletową szatę, a na małym palcu prawej ręki pierścień z granatowym kamieniem. Jego dłonie, szczupłe i wyjątkowo pewne jak na staruszka, mieszały w kotle zielony wywar. Płyn zasyczał, strzelając iskrami, a potem, po dwukrotnym zamieszaniu, stał się czerwony. Iskry wciąż były zielone.

Staruszek podszedł do drewnianej szafki zawalonej fiolkami, kolbami i słojami o przedziwnej zawartości. Odgarnął wszystko na bok, otworzył drzwiczki. Wyjął coś małego i oślizgłego. Miało bladoróżowy kolor, wydzielało coś w rodzaju śluzu. Czarodziej wciągnął powietrze do płuc i zaraz się zakrztusił – ów przedmiot wydzielał nieprzyjemny zapach stęchlizny.

Wrzucił go do kotła, nie oddychając. Zamieszał w nim jeszcze kilka razy, a wywar stał się czarnofioletowy. Śmierdział siarką.

Mężczyzna spojrzał na przepis. Uśmiechnął się.

– Serce sowy – jest. – Klasnął w dłonie, patrząc na ostatni składnik, który miał dokończyć całą pracę. – Hm, gdzie to ja położyłem te wilcze nerki? – mruknął do siebie. – No tak! Szafka pod... – spojrzał na górę rozbitego szkła i śmierdzących odpadków – tym syfem – dokończył niechętnie.

Korzystając z magii, uniósł śmieci do góry wyrzucił je przez wąskie okno. Wpadły do fosy otaczającej zamek. Usłyszał tylko głośny plusk, a potem pełnie niezadowolenia mruknięcie. Ktoś lub coś kłapnęło zębami.

– Och, cicho bądź, Ananiaszu! – krzyknął. Wrócił do pracy. Otworzył szafkę. – Dobrze, to jest gdzieś tu...

Wyciągnął słoiczek z brązową, pokrojoną w plasterki wilczą nerką. Otworzył go, wziął trzy plastry. Zakręciwszy naczynie i odstawiwszy je na półkę, podszedł do kotła. Wrzucił kawałki nerki, a wywar stał się gęsty i czarny jak smoła.

– Gotowe.

Wywar był skończony, jeszcze musiał tylko trochę postać. Balthazar uśmiechnął się.

Wnet usłyszał czyjś uroczy gwizd. Była noc, więc nie spodziewał się, że ktoś mógłby zawędrować tak blisko zamku. Jednak nie martwił się za bardzo – jeśli podróżnika nie przestraszyły leśne ciemności, zrobi to Ananiasz.

Otworzył drzwi do swojej pracowni, potem zszedł po krętych schodkach na sam dół. Pochodnie oświetlały korytarze, a podłogę pokrywał czerwony dywan robiony ręcznie na jego własne życzenie. Na ścianach porozwieszano stare gobeliny ukazujące przeróżne sceny. Co jakiś czas wisiał obraz w ozdobnej ramie. Każdy z nich przedstawiał portret byłego króla. Aż do ostatniego władcy – Borisa IV Dyrdeliee.

Balthazar podszedł do okna większego i szerszego niż w wieży. Wyjrzał przez nie. Przy linii lasu stał przybysz. Mężczyzna wytrzeszczył oczy ze zdumienia.

Kobieta. To była pierwsza myśl, która dotarła do jego umysłu. Piękna kobieta – z falującymi srebrnymi włosami i oczami barwy wrzosu. Patrzyła na wieżę, dlatego był w stanie zobaczyć fosforyzujący kolor tęczówek. Jej delikatną trójkątną twarz rozświetlał uśmiech. Ubrana była w czarny płaszcz podróżniczy zawiązywany pod szyją oraz białą sukienkę do kostek. Na nogach miała czarne sandały ze skóry.

Kiedy uniosła dłoń, żeby odgarnąć kosmyk włosów, zobaczył zielononiebieski błysk. Wydostał się spomiędzy jej zaciśniętych palców, natychmiast niknąc w ciemności nocy. Balthazar zauważył, że kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę a oczy zmrużyła. Uniosła rękę, rozczapierzyła palce. Widział po jej twarzy, że się na czymś mocno skupia, a potem strużka żółtego światła pomknęła w stronę wieży. Szybko zmieniła tor lotu magii, by ta uderzyła w Ananiasza. Mężczyzna wciągnął ze świstem powietrze.

Zuchwała kobieta! pomyślał z irytacją.

Zbiegł prędko jeszcze niżej po kamiennych schodach, a buty czarodzieja, na małym obcasie, stukały głośno o podłoże. Echo niosło się w głąb zamku.

Wyszedł szybko z zamku, opuściwszy most zwodzony na fosę. Ananiasz leżał na plecach nieprzytomny, wywalając ogromny ozór. Jego ogon czubkiem dotykał wody. Kobieta właśnie otrzepywała z zadowoleniem ręce. Kiedy usłyszała jego kroki na drewnie, odwróciła się do niego z wściekłością bijącą z oczu. Ujrzawszy jego szatę, jej twarz stała się bez wyrazu.

– Kim jesteś? – spytał Balthazar. Zmrużył oczy. – Jakiego czaru użyłaś, żeby uśpić Ananiasza? Nie rozpoznałem go.

– Co z ciebie za mag – zadrwiła. Natychmiast złagodniała. – Jestem Saveria. A ty, czarodzieju? – zapytała uprzejmie, uśmiechając się ciepło.

– Balthazar – mruknął staruszek. – To co to za zaklęcie? – zapytał, drapiąc się w skroń.

– Zwykły, najprostszy czar spoczynku. – Saveria wzruszyła ramionami. – Łatwo go odczynić – szepnęła dziwnym tonem, a potem pstryknęła palcami.

Ananiasz poderwał się na nogi i, z wściekłym kłapnięciem, podszedł do Balthazara. Nie spuszczał wzroku z Saverii, machał ciężkim ogonem jak biczem. Mężczyzna położył rękę na jego wielkim łbie.

– Spokojnie, Ananiaszu, ta pani nie chciała zrobić ci krzywdy – powiedział, a dla kobiety brzmiało to jak pomruki i chrząknięcia; zrozumiała, że Balthazar mówił w języku zwierzęcia i poczuła zazdrość. Zawsze chciała rozmawiać ze zwierzętami.

Ananiasz odpowiedział coś gniewnym warknięciem, a potem kłapnął zębami. Staruszek pokręcił głową w rozbawieniu, przeczesując brodę. Bawiła go odpowiedź przyjaciela i naburmuszona mina kobiety. Zachichotał cicho.

– Cóż, wydaje się, że mojemu przyjacielowi nie spodobało się to, iż go uśpiłaś. Wie, że nie lubię, gdy zamek nie jest należycie pilnowany, a ty uniemożliwiłaś mu pracę. – Podszedł do Saverii, zaoferował jej dłoń. – Pani pozwoli. Oprowadzę cię po zamku.

Saveria potaknęła, układając w głowie szatański plan. Przeszli obok Ananiasza. Krokodyl rzucił kobiecie podejrzliwe spojrzenie, a ta odpowiedziała mu złowróżbnym. Uśmiech na jej ustach był pełen okrucieństwa – jeszcze trochę, a zaczęłaby pluć jadem.

Czarodziej pokazał przybyszce swój zamek, a potem usiedli do wspólnej spóźnionej kolacji.


Saveria pocałowała ukochanego w policzek. Znali się już kilka miesięcy, a ona musiała ruszać.

– Nie odchodź – poprosił Balthazar. – Mamy tu wszystko.

Uśmiechnęła się smutno.

– Wiem, ale muszę. I tak zabawiłam tu za długo – mruczała ponuro, spuszczając wzrok. – Wybacz, Balthazarze. Chciałabym zostać, ale nie mogę. Po prostu… Nie mogę. Wybacz.

Odwróciła się, chciała odejść, ale mężczyzna, zakochany w czarodziejce, złapał ją za rękę. W jego szarych oczach błyszczały łzy rozpaczy.

– Saverio, proszę – wyszeptał, całując ją krótko.

– Nie – odparła cicho. – Muszę jechać do Tillerin. Król Mac Dara na mnie czeka. Muszę stąd odejść, zrozum, Balthazarze! – powiedziała ze łzami w oczach i pobiegła w głąb lasu.

Czarodziej wiedział, że dzień, w którym Saveria go opuści kiedyś nadejdzie. Jednak nie liczył, że będzie to tak szybko. Smutny i przygnębiony, wrócił do swojego zamku, wspiął się na wierzę i wypił eliksir uspokajający.

Saveria wiedziała, że starzec będzie smutny. Dlatego nie poszła sobie zbyt daleko. Jeszcze tego samego dnia, ale wieczorem, wróciła do zamku. Zakradła się na wieżę, w której zapewnie przesiadywał. Zgadła.

Siedział pod ścianą, z zaczerwienionymi oczami. Kobieta od razu wiedziała, że się zwyczajnie upił. Zmarszczyła nosek z niesmakiem. Cóż to za odrażający mężczyzna, pomyślała pogardliwie. Weszła do środka wdzięcznym krokiem. Balthazar wytrzeszczył na nią czerwone oczy, zapewne próbując uwolnić umysł z pijackiego upojenia.

– Saveria? Wróciłaś? To ty? – szeptał szybko. Próbował wstać, ale za każdym razem osuwał się po ścianie na ziemię.

– Śnisz, Balthazarze. To niestety tylko sen – rzekła ze smutkiem. – Umiem pojawiać się w cudzych snach, więc postanowiłam, że jeszcze się z tobą zobaczę, choć nie będzie to spotkanie fizyczne. – Wzruszyła ramionami. – Cóż, udało się, więc cieszmy się tym. – Czarodziej przyjął jej kłamstwo bez szemrania.

– Usiądź przy mnie – wybełkotał.

Usiadła.

– Jesteś potężny, Balthazarze, a ja nie wiem, czy moja moc… Król Mac Dara na pewno będzie wiele wymagał, a ja… I moja moc… – Zaczęła płakać.

– Chodź do mnie – wyszeptał, tuląc ją do siebie. Przytuliła się do jego piersi. – Saverio, gdybym mógł ci oddać swoją, zrobiłbym to.

Poderwała się do pozycji siedzącej, spojrzała na niego uważnie.

– Naprawdę? Oddałbyś mi swoją… – przełknęła ślinę – moc?

– Oczywiście, ukochana – powiedział czule, ocierając łzę z jej policzka.

– A… – zająknęła się. – A gdybym znała taki jeden sposób – patrzyła na niego z nadzieją – zgodziłbyś się?

Skinął głową.

Ty głupi staruchu! myślała drwiąco, w duchu śmiejąc się okrutnie. Ale jej twarz pozostawała wyczekująca, pełna nadziei. Taka, jaką Balthazar musiał teraz widzieć.

Przytulił ją znów do siebie, żeby móc tylko poczuć ciepło jej ciała. Odetchnął głęboko, wciągnął jej piękny zapach. Uwielbiał Saverię, kochał ją najmocniej na świecie. Kochał ją tak, jak nie kochał swej zmarłej żony. Media była piękna, ale Saveria piękniejsza. Media była mądra, ale Saveria mądrzejsza. Dlatego tak kochał tę kobietę, którą trzymał w ramionach.

Odsunęła się od niego.

– Jest taki sposób. Musisz naciąć sobie dłoń na środku, ja to również zrobię. Ten, kto wypowiada całe zaklęcie, pobiera moc od tego, który milczy. Czyli wszystko powiem ja. Muszę cię ostrzec. To nieodwracalny proces. Stracisz moc na zawsze – szepnęła z bólem w głosie, patrząc na czarodzieja spod rzęs.

– Zrobię to, ukochana – zapewnił.

Saveria wzięła do ręki ostry przedmiot – kawałek szkła. Zapewne Balthazar potłukł fiolkę. Przejechała ostrzejszą częścią po wewnętrznej stronie lewej dłoni, potem ujęła w nią lewą dłoń staruszka i powtórzyła ruch. Krew lśniła słabo czerwienią.

Kobieta złapała go lewą dłonią za lewą dłoń, ich krew się zmieszała. Saveria poczuła wszystko, co czuł. Sama szybko osłoniła swój umysł przed Balthazarem, by nie odkrył jej zamiarów.

– Pobieram moc – niech mi się stanie. Pobieram krew – niech mi się stanie. Ofiarowuję śmierć – niech mi się stanie – wymruczała szybko.

Przez rosnącą euforię czuła, że magia starszego mężczyzny przebiega przez jego ciało i wchodzi do jej. Tymczasem Balthazar robił się coraz słabszy i słabszy. Jego powieki robiły się coraz cięższe, a szare oczy traciły blask. Saveria uśmiechnęła się tryumfująco. Czarodziej umierał, a kobieta doskonale to wiedziała. Korzystając z ostatniej okazji, zerknęła do jego umysłu, a to, co tam zobaczyła, wstrząsnęło nią.

Balthazar kochał. Kochał ją bardziej od swojej żony. Najbardziej na świecie.

Potrząsnęła głową, uśmiechając się okrutnie. I bardzo dobrze, że była dla niego najważniejsza. To tylko ułatwiło jej zadanie. Poza tym – miłość do Saverii oznaczała dla każdego mężczyzny śmierć.

Pokochałeś złą osobę, starcze, zadrwiła, a potem wyszła z pomieszczenia, wytarłszy krew o ubranie Balthazara. Ananiasz, który czekał na nią na moście zwodzonym, kłapnął groźnie. Nic sobie z tego nie zrobiła – wycelowała w niego palec, wypuściła w stronę krokodyla czarny strumień. Zwierzę padło martwe.

Z uśmiechem pełnym zadowolenia, lecz wciąż czujnymi oczami, ruszyła przez siebie, krocząc przez las. W pewnym momencie zatrzymała się, padła na kolana i spuściła wzrok. Nie śmiała spojrzeć w stronę, z której dochodził szelest. Wiedziała, iż ktoś się zbliża, wiedziała kto. Dlatego okazywała szacunek.

– Dobrze się spisałaś, Saverio – usłyszała groźny głos brzmiący niczym grzmot. – Jesteś podła i przebiegła, a przede wszystkim wierna tylko mnie. – Kobieta wyczuła, że mruży oczy. – A może nie jesteś wierna?

– Jestem, Panie – wyszeptała ze strachem. Bała się umrzeć, nie chciała tego. Była zbyt młoda. – Udowodnię ci to jak tylko zechcesz, Panie.

– Bardzo dobrze – powiedział, śmiejąc się cicho. – Saverio, spójrz na mnie.

Kobieta wykonała rozkaz. Ostatnie, co zarejestrowała, to czerwone tęczówki wpatrzone w nią.

– Saverio. Saverio! – Poczuła, że czyjeś delikatne dłonie nią potrząsają. – Wstań, Pan wzywa.

Otworzyła oczy, mrugając szybko. Podparła się rękoma. Wyczuła, że leży w swoim łóżku. Spojrzała w bok, zobaczyła uśmiechniętą i łagodną owalną twarz Kory. Drobna dziewczyna klęczała obok jej łóżka, w rękach miała karteczkę.

– To dla ciebie – podała jej papierek.

Saveria szybko rozwinęła świstek, przeczytała kilka słów i błyskawicznie zeskoczyła z łóżka. Ubrała się w białą suknię, podobną do poprzedniej. Nałożyła białe sandały ze skóry, a na plecy narzuciła również białą szatę. Kora zdumiała się, widząc strój przyjaciółki.

– Ceremonia?

– Tak, muszę oddać Panu moc – wyjaśniła pospiesznie. Uśmiechnęła się słabo do Kory. – Jeśli nie wrócę, wiesz, co zrobić, prawda? – wyszeptała.

– Oczywiście – potaknęła poważnie druga kobieta. – Powodzenia.

Saveria wybiegła z pokoju, skierowała się korytarzem w lewo. Biegła przed siebie, zmierzając ku komnacie tronowej. Wiedziała, że Pan tam na nią czeka, gdyż tak napisał na karteczce.

Wpadła do środka, przyklękając błyskawicznie. Nie patrzyła przed siebie, tylko w podłogę. Usłyszała cichy śmiech i kroki. Ktoś obok niej przystanął. Zobaczyła rąbek czarnej szaty, czubek wypolerowanego buta. Zadrżała mimowolnie.

– Spójrz na mnie, Saverio – usłyszała rozkazujący głos. Podniosła wzrok, znów patrzyła w czerwone tęczówki. – Wiesz, że musiałem to zrobić, prawda?

– Tak, Panie, wiem.

– Znakomicie. Więc teraz przygotuj się do rytuału, dam ci pięć minut – oznajmił i wyszedł.

Saveria odetchnęła, kiedy kroki na korytarzu ucichły. Wstała wdzięcznym gestem, a potem podeszła do kamiennej ściany. Ściągnęła sandały, białą szatę i stanęła tyłem do kamienia boso, jedynie w sukience. Podniosła coś, wygrzebując ów przedmiot z połów szaty. Zabłysnął w nikłym świetle pochodni. Po ostrzu prześlizgnęło się żółtopomarańczowe światło. Kobieta przełknęła ślinę, a potem rozcięła sobie lewą rękę od nadgarstka aż po zgięcie łokcia.

Krew wypłynęła natychmiast, a Saverii zrobiło się słabo, pociemniało jej w oczach. Jeśli Pan zaraz nie przyjdzie, pewnie się wykrwawi, gdyż przecięła sobie całą siateczkę żył na tym odcinku. Do tego, magia mogła zniknąć.

– Panie? – zawołała. Przytrzymała się uchwytów, które były obok jej głowy. – Panie?

Jej zdenerwowanie rosło, ale szybko zostało zastąpione ulgą, gdy usłyszała szybkie kroki swojego Pana. Wszedł do komnaty dostojnym krokiem, powiewając szatami, spojrzał na Saverię z uśmiechem.

– Dobrze się spisałaś, Saverio – wymruczał, zbliżając się. Zamknął oczy, położył otwartą dłoń na jej ranie. – Zaśnij – rzekł sugestywnym tonem.

Kobieta czuła, że jej powieki zrobiły się ciężkie, a ona strasznie senna. Przecież niedawno spałam, zdążyła pomyśleć nim pochłonęła ją ciemność.


Krótkie opowiadanie pod wpływem chwili. Udowadniałam coś koleżance, wygrałam, a opowiadanie zostało. Wiem, że nie jest wybitne, jednak to jedno z moich pierwszych poważniejszych tworów.