Jeśli komuś by się chciało, to tę historię trzeba zedytować, a nie mam bety. Pisana ze 2 lub 3 lata temu, więc... I nie mam pojęcia, czy nie ma niezgodności w fabule (pewnie jest, ale co tam).


SIOSTRY ŻYWIOŁÓW

PROLOG


– Lilian! – krzyknęła kobieta.

– Laura! Nie, poczekaj! – wrzasnęła rozkazująco druga z kobiet.

Biegły przez las. Na rękach miały dwójkę małych dzieci. Za nimi gnali mężczyźni z bronią. Ich wrogowie. Drzewa za plecami kobiet zapłonęły żywym ogniem. Obydwie, Lilian i Laura, wrzasnęły ze strachu.

– Teleportacja! – wpadła na pomysł Laura.

– Szybko!

Złapały się za prawe ręce.

– Do Bramy Czterech Stron Świata! – wrzasnęły obydwie.

W tym momencie zniknęły, a w miejscu, gdzie stały jeszcze ułamek sekundy temu, pocisk przeciął powietrze ze świstem i trafił w drzewko, które się zwaliło.

– Cholera, prawie je miałem! – ktoś krzyknął.

– Nie przejmuj się, jeszcze je dorwiemy. – Z ciemności wyszedł mężczyzna. Rzucił papierosa na ziemię, przydeptując go butem. – Nadejdzie czas. – I odszedł z powrotem.

Mężczyzna, który strzelił, odwrócił się na pięcie i również odszedł, mrucząc przekleństwa.


ROZDZIAŁ 1


Isabel szła rynkiem. Zapadał wieczór. Coraz mniej ludzi kręciło się po okolicy. Czuła na sobie czyjeś spojrzenie. Jednak starała się ignorować to nieprzyjemne w tej chwili uczucie. Gdy plac zupełnie opustoszał, dziewczyna przysiadła przy fontannie. Rozglądnęła się, czekając na Samanthę.

Rynek był zbudowany na kształt kwadratu. Na środku stał okazały Ratusz, a wokół niego szeroki deptak. Całość zamykały urocze kamieniczki z barami oraz przeróżnymi sklepikami. Isabel ujęły najbardziej nazwy tych sklepów. Rynek w swoim mieście uważała za najpiękniejszy, jaki widziała w życiu.

– Isabel? – usłyszała szept koło swojego ucha. Podskoczyła ze strachu.

– T-tak – wyjąkała, przykładając ręce do piersi, w której szamotało się wystraszone serce.

Przed nią stała dość wysoka kobieta. Była naprawdę ładna. Miała ślicznie wykrojoną twarz o kształcie serca, delikatny, cienki nos i usta. Nie za wąskie, ale też nie za duże. Takie idealne. Oczy lśniły tajemniczym fioletowym blaskiem. Brwi łagodnie je dopełniały. Długie rzęsy rzucały cień sięgający jej policzka, gdy się pochyliła. Włosy kobiety były srebrnej barwy. Na sobie miała ona długą do ziemi, zwiewną białą suknię. Marszczoną, przeszytą srebrną nicią. Suknia owej nieznajomej miała duży dekolt – odsłaniała naprawdę ładne i kształtne piersi. Nóg Isabel nie widziała, ale stwierdziła, że musza być długie.

– Jestem Lilian – przedstawiła się ciepło. – Wiesz, Isabel, musisz ze mną jak najszybciej pójść – rzekła poważnie.

– Ja? – zdziwiła się. – Dlaczego? – Zmarszczyła brwi. Super, widziała pierwszy raz kobietę na oczy i ta ją prosi, żeby z nią poszła? Nie da się na to nabrać.

– Bo jesteś jedną z Sióstr Żywiołów – wyjaśniła kobieta. – Rozumiem, że jesteś skołowana, bo to tak nagle, ale ja i Laura…

– Przepraszam, kim ja jestem? – spytała niepewna. – I jaka Laura?

– Jesteś jedną z Sióstr Żywiołów. To znaczy, że twoja siostra i ty władacie żywiołami, tak? – odpowiedziała kobieta szybko, ponieważ zależało jej na czasie. – A Laura to moja siostra.

– Zaraz – powiedziała wolno. – To ja mam siostrę? – Rzuciła Lilian pytające spojrzenie.

– Tak. Nazywa się Carmen. Ty jesteś Cameron. – Uśmiechnęła się wesoło, a w jej fioletowych oczach zalśniły radosne iskierki. – Prawo Mii nakazuje jasno, że Magiczne Siostry lub Magiczni Bracia muszą mieć imię na tę samą literę. Isabel to była tylko przykrywka, gdy ja i moja Siostra Nocy ratowałyśmy was z rąk samozwańczych władców naszej krainy. – Zastanowiła się chwilę nad tym, jak ma przekazać Cameron tę wiadomość. Jej rozmyślania przerwał głos dziewczyny:

– Ale… To na pewno pomyłka– zacięła się. – Ja nie mam siostry, na imię Cameron, a co dopiero magicznych mocy. Jestem Isabel Barrymore. – Lilian zacmokała z dezaprobatą, więc Isabel umilkła.

– Pokaż swoją prawą dłoń – rozkazała. Widząc wahanie dziewczyny, sama ją uniosła. Na środkowym palcu widniał złoty pierścień z zielono–niebieskim kryształem. – To połączenie szmaragdu i szafiru. Symbolizuje ziemię i wodę. Twoja siostra ma biało–czerwony. Diament i rubin. Powietrze i ogień. Rozumiesz? – spytała, parząc Cameron w oczy.

– Tak, ale… – zaczęła. Lilian zachęciła ją gestem. – A ty? A ty i twoja siostra? – odważyła się spytać Cameron, powoli akceptując to, co powiedziała jej Lilian. Nie znała tej kobiety, ale już jej ufała. Ona emanowała takim spokojem, szczerością… – Udowodnij, że masz magię. – Mimo to wolała uważać.

– Ja i moja siostra jesteśmy Siostrami Dnia i Nocy. Najpotężniejszymi w Krainach, nie licząc was oczywiście. Moja siostra, Laura, na pewno jest w odwiedzinach u twojej siostry. – Uśmiechnęła się słodko. – A magia... Już ci pokazuję... – Pstryknęła palcami, a woda z fontanny zaczęła się unosić, falować i pryskać na wszystkie strony.

– A kiedy zabierzesz mnie do Krain? – spytała podekscytowana Cameron. Jej kasztanowo–rude loki zafalowały, a zielone oczy zaświeciły. – Powiedz, że teraz! – pisnęła. Ta kobieta zdecydowanie nie kłamała. W końcu udowodniła, że ma magię, prawda? Poza tym dziewczyna zawsze marzyła o magii, za dużo książek fantasy.

Kobieta zaśmiała się. Kiwnęła głową, a Cameron zaczęła skakać, piszczeć i śmiać się radośnie na cały rynek. Spojrzała ponownie na Lilian i zobaczyła, że ona nie podziela jej radości. Patrzyła smutno na księżyc, jego tarczę, która była jeszcze rogalem.

– Co się stało? – spytała szeptem, dotykając nieśmiało dłoni kobiety. Miała delikatną, bladą skórę.

– Już nie zobaczysz rodziców, wiesz o tym? – odparła, nie zerkając na Cameron.

– Zdaję sobie z tego sprawę – szepnęła. Ile razy spotkała taki motyw w książkach? Ale to działo się właśnie w tej chwili, było prawdziwe. – Ale chcę z tobą iść – oświadczyła z mocą. – Naprawdę, uwierz mi, Lilian.

Siostra Dnia spojrzała na nią dziwnie. Głos dziewczyny, choć cichy, wydał jej się tak boleśnie znajomy... Tylko skąd? Wiedziała, że Cameron jest córką Shejil i Camrena, ale głos... Głos miała tak inny, podobny do innej osoby... Ale teraz nie była w stanie nad tym myśleć.

– To ruszamy – zarządziła kobieta. – Złap mnie prawą ręką za prawą rękę, teleportujemy się – skrzywiła się na ostatnie dwa słowa. Cameron rzuciła jej pytające spojrzenie. – Nie jest łatwo się samemu teleportować, co dopiero z drugą osobą. No i nie jest to za przyjemne i praktyczne. Zostawia ślad obecności. Źli w ogóle nie powinni się teleportować, bo to ich kaleczy od środka. Zabiera dobro, potem duszę, a na końcu serce. Umierają. – Przez plecy Cameron przebiegł dreszcz. Nie tego się spodziewała.

– Ale my możemy? – zapytała z lękiem.

– Tak, my tak – rozwiała jej obawy. – Dopóki naszych serc nie opanuje mrok – spuentowała. – Do Wrót Czasu! – krzyknęła.

Cameron i Lilian zaczęły wirować. Najpierw wolno, potem szybciej, i szybciej… Dziewczyna poczuła, że zaraz zwymiotuje. Wtedy wyczuła grunt pod stopami. Padła na trawę.

– No, jesteśmy – powiedziała z samozadowoleniem w głosie Lilian. – A ile ty masz lat, licząc na ludzkie ziemskie? – rzuciła, zwróciwszy się twarzą do Cameron.

– Szesnaście – sapnęła. Nagle zrobiła wielkie oczy. – A… A ile… Ile mam na… na wasze? – spytała nieśmiało, bojąc się odpowiedzi. Zupełnie zapomniała o Samancie.

– Ja mam ponad dwa tysiące – rzekła z uśmiechem. – Ty około trzystu. W pewnym wieku przestaniesz się starzeć. A dokładny wiek jest w Księdze Czasu. – Podała jej rękę. Cameron przyjęła ją z wdzięcznością. Lilian uniosła dziewczynę z łatwością. – To co, idziemy? – zaproponowała wesoło.

– Już, tylko… – odpowiedziała, po czym rozglądnęła się wokoło.

Były koło dróżki wykładanej kostką w kwiaty. Po prawej i lewej stronie Cameron widziała pola. Łany zboża falowały lekko na wietrze. Trawa rosła tylko przy ścieżce. Była idealnie przystrzyżona, a krople rosy, odbijające promienie wschodzącego słońca, potęgowały wrażenie miękkości. Gdy się odwróciła do tyłu, ujrzała las. Drzewa zdawały się im kłaniać. Spojrzała na swoją towarzyszkę. Lilian uśmiechała się promiennie do słońca. Cameron wydawało się, że kobieta coś mówiła, ale nie była tego pewna pośród szmeru traw.

– Gdy ja tu jestem, zawsze jest dzień. Gdy moja siostra – noc.

– A gdy was tu nie ma? – spytała ciekawa odpowiedzi Cameron.

– Całość toczy się normalnym rytmem.

– A jak obie?

– Nigdy nie byłyśmy tu razem, ale to byłoby ciekawe, jak sądzę – powiedziała z lekkim uśmiechem Lilian.

Przeszły kilka kroków, Cameron uniosła głowę i aż otworzyła buzię ze zdumienia. Przed nią wznosiła się ogromna brama.

Właściwie powinna ją nazwać wrotami. Były ogromne. Wielkie, kute z czarnego żelaza, przyozdobione zegarami robiły imponujące wrażenie. A po ich obu stronach wznosiło się ogrodzenie, również z żelaza w tym samym kolorze. Nad wrotami widniał napis w jakimś obcym języku, którego Cameron nie rozumiała. Za to całe przejście wieńczył wizerunek człowieka w kapturze, okalający tylko bramę. Ręce miał oparte na framudze.

– To Hazar Makbar – rzekła Lilian, wskazując na bramę. – Największy wynalazca. Alchemik. Jeden z dwóch Braci Czasu. Jednak Haabalt stał się zły, dlatego Wrota Czasu zostały zwieńczone Hazarem, ku jego czci – wyjaśniła Siostra Dnia.

– A co znaczy ten napis? I po jakiemu to? – spytała z ciekawości.

– To jest starszy język czasu. Tu pisze: „Czas nie zawsze jest naszym wrogiem". – Spojrzała na słońce. Wymruczała kilka niezrozumiałych słów. – On obowiązuje wszędzie. Ja mówię jeszcze językiem słońca, jako że jestem jedną z Sióstr Dnia i Nocy. Ja jestem Dniem. Do tego rozumiem język zwierząt, Prazwierząt, Jednorożców i Smoków, siostra uczy mnie języka księżyca, ale najbardziej kocham swój, słońca. – Lilian uśmiechnęła się ckliwie.

Cameron zastanowiła się chwilę nad tą wypowiedzią.

– A co to są te Prazwierzęta? – zapytała. Nazwa była bardzo dziwna i ciekawiła ją.

– To są magiczne zwierzęta, niektórzy mówią bestie. Mają dar myślenia. Są mądrzejsze od wielu z nas. Potrafią mówić, mają magiczne właściwości czy też zdolności, ale są rządne krwi – opowiedziała Siostra Dnia. – Powstały z magii dawno temu. Alchemicy starają się stworzyć ten rodzaj z niczego, bo Prazwierzęta nie mogą się rodzić, każde jest stare, niezwykłe i jedyne w całym Wszechświecie.

– Aha – mruknęła dziewczyna. Perspektywa spotkania Prazwierząt nie była dla niej zachwycająca. Bała się lekko. – To idziemy?

– A, tak, właśnie. – Lilian odrzuciła srebrne włosy, zmrużyła fioletowe oczy. – Czas nie zawsze jest naszym wrogiem. Wykorzystany w celach prawych przyjacielem się staje – powiedziała spokojnie w języku, który brzmiał obco, ale Cameron rozumiała wszystkie słowa.

Wtedy Wrota Czasu odpowiedziały kobiecie:

– Przyjaciel to ja. Wróg to ja. Ale nie zawsze – melodyjny głos rozbrzmiał na polu jak masa dzwonków o tak czystym brzmieniu, jakiego Cameron jeszcze nigdy nie słyszała.

Nastała chwila ciszy. Potem zaczęły się pierwsze nuty piosenki. Po kilku sekundach zaśpiewał chór. Kobiety śpiewały sopranem. Coś wychwalały, tego Cameron była pewna. Ich anielski głos wpływał kojąco na stojące przed bramą przybyszki.

– Ale to śliczne – szepnęła w zachwycie Siostra Żywiołów.

– Tak, ale na nas już czas. Chodź – pociągnęła ją za rękę. Żelazne Wrota Czasu otwarły się bez najmniejszego jęku. Lilian przekroczyła je bez lęku, natomiast Cameron zawahała się. Wstrzymała oddech i zrobiła krok. – Otwórz oczy – poleciła z rozbawieniem kobieta w bieli. Dziewczyna wykonała polecenie.

– Jeśli tam było cudownie to tu jest… tu jest… Brak mi słów, żeby to określić – wyszeptała, a kobieta zachichotała.

Krajobraz rozciągający się przed Cameron i Lilian był przepiękny. Niebo było czyste, bez jakiejkolwiek chmury. Na nim wisiało równocześnie słońce i księżyc. Jakby zgodziły się panować zawsze razem. Samotnie rosnące przy drodze drzewa, dawały cień. Zwierzęta hasały wesoło po okolicznych łąkach. Po prawej stronie płynął strumyk, a nad nim stały nimfy i rusałki. W oddali Cameron zobaczyła miasto. Śpiew ptaków rozbrzmiewał wesoło, zapowiadając radosną nowinę.

– Tamto miasto to Miasto Siedmiu Wojowników – zaczęła Lilian. – Mieszka w nim siedmiu Braci Wojowników. Służą Krainom w razie wojny z pomniejszymi ludami. Jak na przykład Elfy.

– Tylko siedmiu? – zdziwiła się Siostra Żywiołów. – Jakby nie było, armie liczą tysiące żołnierzy…

– Nie zapominaj, że nasi Wojownicy dysponują mocą magiczną – przypomniała, przybierając surowy ton głosu. – Poza tym raczej walczymy wszyscy, specjalnie nas tego uczono.

– No tak.

Przeszły ścieżką do przodu, ku Miastu Siedmiu Wojowników.

– A może masz ochotę się przejechać? – zaproponowała Siostra Dnia. – Centaury, Jednorożce, Prazwierzęta, konie, osły… Do wyboru.

– Może na… Jednorożcach! – krzyknęła uradowana, że będzie mogła poznać choć trochę ten magiczny świat, którego częścią była, nawet o tym nie wiedząc.

– Jak chcesz. Zawołam Dzwonka i Rubina. To prawdziwi fanatycy podróży z ludźmi. – Zaśmiała się. – Kochają pomagać Siostrom i Braciom. – Gwizdnęła przez zęby. Wypowiedziała imiona Jednorożców. Zaraz zjawiły się dwa. Tak kochała te zwierzęta...

Pierwszy z nich miał srebrny łeb i róg. Ale na szyi srebro przechodziło spokojnie w morski błękit. Kopyta i nogi przy nich również lśniły srebrnym blaskiem. Na udzie tylnej lewej nogi miał namalowany, o ton ciemniejszym niebieskim, dzwoneczek. Grzywa i ogon zwierzęcia były śnieżnobiałe. Cameron zakładała, że to Dzwonek.

Natomiast drugi Jednorożec, cały szkarłatny, o ciemnych ślepiach, wyglądał bardziej imponująco. Emanowała od niego energia. Długi włos ogona i grzywy, koloru burgunda, lśnił w promieniach słońca. Końce nóg, które porastał gęsty włos, oraz kopyta były ze złota. Rubin wyglądał na potężniejszego od Dzwonka. Parsknął, a potem zarżał. W jego złotym rogu odbiło się słońce.

Lilian dosiadła Dzwonka. Wyglądała wyjątkowo na Jednorożcu tak dopasowanym do niej samej. Oczy zwierzęcia, barwy czystego nieba, odbijały w sobie cały krajobraz jak w tafli jeziora lub lustra.

– No, na co czekasz? – spytała zaczepnie kobieta. – Mam ci bić brawo?

Cameron rzuciła jej mordercze spojrzenie, jednak nie potrafiła się gniewać na uosobienie dobra i zaufania. Wsiadła na Rubina.

– Ostrożnie! – fuknął na nią.

– To on mówi? – zdziwiła się.

– A co, nie słychać? – zirytował się Jednorożec.

– Rubin! – Lilian zgromiła go wzrokiem. – Wiesz, kto to jest?

Jednorożec milczał. Zanim odezwała się kobieta, Dzwonek parsknął na niego.

– To jest Cameron, Siostra Żywiołów! – warknął Jednorożec Siostry Dnia. – Najpotężniejsza ze wszystkich!

Rubin obrócił łeb w jej stronę. Zrobił przepraszający wzrok. Uchylił głowę.

– Przepraszam, o pani – szepnął.

– Nie ma za co, Rubin. – Poklepała go po szyi, będąc lekko zdezorientowaną. – A teraz jedź, chcę poczuć prawdziwy pęd! – zaśmiała się.

– Wyścigi! – krzyknęły jednocześnie uradowane Jednorożce. Dziewczyna była zaskoczona, że Jednorożce aż tak mogą cieszyć się na myśl o jakiejkolwiek zabawie. Przecież to była taka cudowna kraina. Jak one mogły nie chcieć cieszyć oczu samym jej widokiem?

Kopyta zwierząt uderzyły o kostkę na ścieżce. Tak wygnały, że obie przybyszki musiały się złapać ich grzyw. Podkowy, w zetknięciu z kamieniem, wydawały rytmiczne dźwięki. Jednorożce przestały rozmawiać. Skupiły się na biegu. Cały czas oddychały spokojnie, równomiernie. Nie było po nich widać oznak zmęczenia. Cameron najpierw poczuła, zanim usłyszała, że kopyta Rubina biją powietrze. Jednorożec wznosił się coraz wyżej w powietrze. Za nim leciał Dzwonek. Szkarłatne zwierzę zarżało przeraźliwie. W jego rżeniu dało się wyczuć gniew i dziką determinację.

– Dalej, Dzwonek, postaraj się! – dopingowała go Lilian.

Nagle, nie wiadomo skąd, przed nimi wyrósł jakiś Smok. Miał świecącą zieloną łuskę i płaski pysk, z którego świeciły ostre jak brzytwa zęby. Czarne, małe ślepia patrzyły groźnie na Lilian i Cameron. Wielkie, skórzaste skrzydła, zakończone pazurem, biły rytmicznie o powietrze, sprawiając, że miało się wrażenie, iż stał na wysokości kilku metrów ponad ziemią. Machał potężnym, uzbrojonym w kolce ogonem.

Cameron zatrzęsła się ze strachu. Lilian przemówiła spokojnym głosem:

– Witaj, Smoku Jafocie.

– Witaj, jedna z Sióstr Dnia i Nocy, Kapłanko Słońca, Matko i Opiekunko Wszystkich Żywych Stworzeń, Ulubienico Jednorożców, Lilian. – Smok uchylił łeb. Zwrócił ślepia na dziewczynę. – Kimże jest twa urocza towarzyszka, młode dziewczę o delikatnych licach? – Smoki słynęły z używania lekko staroświeckich zwrotów.

– To Cameron, jedna z Sióstr Żywiołów – przedstawiła ją kobieta. Cameron poczuła, że się czerwieni.

– To dla mnie zaszczyt, o pani– powiedział Jafot głębokim głosem. – Ja i lud mój, Smoczy Zakon, jesteśmy wdzięczni, że zechciałaś się zjawić w końcu w Krainach. Lecz gdzie siostra twa, Carmen? – spytał.

– Dojedzie, Jafocie, dojedzie – rzekła cierpko Lilian. – A teraz wybacz, jestem zajęta przypominaniem Cameron jej prawdziwego domu. Sam wiesz, że trzeba rzucać zaklęcia, gdy ktoś chce opuścić Krainy.

Smok uśmiechnął się, szczerząc kły.

– Oczywiście, moja droga. – Zwrócił wzrok na Miasto Siedmiu Wojowników, które było już bardzo blisko. – Zatem żegnam. – Zamachał potężnymi skrzydłami, wywołując wiatr. Powietrze wzburzyło włosy ludzi i grzywy Jednorożców.

– Dalej. Do Miasta Siedmiu! – rozkazała Siostra Dnia.

Obydwa zwierzęta stanęły dęba, rżąc i wierzgając przednimi kopytami, po czym opadły i pomknęły po niebie w stronę budynków.

Stanęły w powietrzu, odsapnęły chwilę, a potem ruszyły wolno, okrążając miasto, by Cameron mogła je podziwiać. Zatrzymały się nad ryneczkiem Miasta Siedmiu Wojowników.

Miasto Siedmiu Wojowników było właściwie fortecą. Wysokie i grube mury otaczały je z każdej strony. Budynki zawsze były zakończone kopułą. Wojownicy twierdzili, że kopulaste dachy trudniej zniszczyć. Całe miasto było białe. Ścieżki, ściany, mury… Wszystko oprócz kopuł, które były ze szczerego złota.

– Skąd u was tyle złota? – zapytała z podziwem Cameron.

– Nasi Alchemicy je wytwarzają. To ściśle tajne. Nie wie nikt jak, oprócz nich – wyjaśniła, wzruszyła ramionami.

– A gdzie ja będę mieszkać? – zapytała. Zaczęła ją ta kwestia nurtować odkąd teleportowały się do Wrót Czasu.

– W Kocim Mieście – odparła.

– Że gdzie? – spytała rozbawiona.

– Kocie Miasto – powtórzyła. – Tam się nauczysz wszystkiego. To tam mamy najlepszą szkołę. Zobaczysz, że spodoba ci się w Akademii Kotów. Do tego Królowa i Król, rezydujący w Kocim Mieście, naszej stolicy, zechcą cię widzieć, a oni tam uczą. – Przypomniała coś sobie. – Zapoznam cię z Prawem Mii. Ale teraz, wio!

Rubin i Dzwonek ruszyli równocześnie. Powoli schodzili na ziemię. Pozostali w powietrzu kilka centymetrów nad ziemią. Pobiegli jak najszybszym galopem z Lilian i Cameron na grzbietach. Krajobraz właściwie się nie zmieniał. Było tylko kilka wzniesień. Potok płynął dalej w swoją stronę. W końcu Lilian zobaczyła kontur Kociego Miasta. Gdy stanęli przed bramą wjazdową, słońce chyliło się ku zachodowi. Księżyc pozostawał cały czas w jednym miejscu.

– Ale tu pięknie – szepnęła zachwycona Siostra Żywiołów.

Kobieta skinęła głową.

– Do przodu, Rubin, wjeżdżaj! – rozkazała Cameron.

Jednorożec posłusznie przeszedł te kilka kroków. Wjechał na bruk. Ludzie idący przez ulicę zatrzymali się. Rzucali dziewczynie ukradkowe spojrzenia. Coś między sobą szeptali.

Cameron poczuła, że jest szczęśliwa jak nigdy w życiu.


– Lauro? – zaczęła Carmen.

– Tak? – zachęciła kobieta.

Laura była wysoka. Miała czarne włosy i fioletowe oczy. Cienki, delikatny nos i łagodne usta, które, w mniemaniu Carmen, idealnie pasowały do tej miękkiej twarzy o kształcie serca. Owe tajemnicze oczy Laury, które było okolone długimi, czarnymi rzęsami, dopełnione łagodnymi łukami brwi, wyglądały na ciepłe, ale jednocześnie chłodne. Kobieta miała na sobie kruczoczarną, marszczoną suknię, odsłaniającą biust. W suknię wszyte były fioletowe świecące nici. Gdy Laura uniosła suknię, ponieważ szły po kamiennych schodkach, Carmen zobaczyła długie nogi i czarne atłasowe pantofelki na wysokim obcasie.

– A… A jaka jest twoja siostra? – spytała dziewczyna.

– Cóż… – zmarszczyła brwi, by zaraz się rozpogodzić. – Taka jak ja, tyle że ma inny kolor włosów. – Zaśmiała się.

– A Cameron?

– Spójrz w lustro, to się dowiesz, moja panno – rzekła z uśmiechem.

– Mam bliźniaczkę! – ucieszyła się Carmen.

– Ciii. – Laura przyłożyła palec do ust. Zaczęła stąpać po schodach wolniej, starała się nie robić hałasu. Pociągnęła nosem. Wykonała w powietrzu jakiś skomplikowany gest. – Coś tu śmierdzi – mruknęła, dalej gestykulując prawą ręką. Zaczęła mruczeć dziwne, niezrozumiałe słowa. – Schowaj się! – syknęła.

Carmen cofnęła się w cień. Od początku nie podobał jej się pomysł, żeby wejść do domu, który stał na obrzeżach wsi, w której mieszkała. Cały się prawie walił. Spojrzała na swoje ciuchy. Ciemne dżinsy były ubrudzone ziemią, a granatowa koszulka wisiała jej na ramionach. Skrzywiła się. Na poniszczone adidasy nawet nie chciała patrzeć.

– Ach, Laura – zjadliwy pomruk rozdarł ciszę.

– Thomas – odpowiedziała znużona.

Z góry zszedł mężczyzna ubrany na czarno. Miał źle przystrzyżone włosy o barwie kawy i piwne oczy. Ciemną karnację, która przywodziła Carmen na myśl kakao.

Mężczyzna pociągnął nosem.

– Magia… Czuję potężne źródło magii – charknął gardłowym głosem.

Miał już zrobić krok w dół po schodach, gdy Laura zastąpiła mu drogę. Próbował ją odsunąć, ale kobieta coś mruknęła i Thomas wyleciał w powietrze. Gruchnął o ścianę. Rozległ się dźwięk łamanych kości. Jęknął.

– Pomóż! – warknął, wyciągając ręce.

– Sam się ulecz! – powiedziała Laura, rzuciła na Carmen zaklęcie maskujące, po czym ruszyła w górę po schodach. – Szybko! – szepnęła tak cicho, by nie usłyszał jej mężczyzna. Przeszły schodami na samą górę. Laura rozsunęła drabinkę i otwarła klapę wiodącą na dach budynku. – Daj mi prawą rękę! – warknęła. Carmen wykonała polecenie bez szemrania. Na jej środkowym palcu lśnił złoty pierścień z biało–czerwonym oczkiem. Ogień i powietrze. Jakie to dziwne. – Do Wrót Czasu!

Wylądowały z wizgiem na polanie. Teraz, gdy przebywała tam Siostra Nocy, słońca nie było. Za to księżyc eksponował swoją tarczę w całej okazałości. Łany zboża już nie falowały. Las z tyłu spał. Drzewa nie kłaniały się przybyszkom na powitanie. Cała okolica pogrążona była w śnie.

Carmen spojrzała z uśmiechem na Laurę, ale ta była pogrążona w rozmowie z księżycem. Mówiła coś do niego, a dziewczyna nie mogła zrozumieć.

– To Wrota Czasu – oświadczyła z dumą Laura, wskazawszy bramę z kutego żelaza. – A ten człowiek, którego posąg wieńczy przejście, to Hazar Makbar. Był najznamienitszym Alchemikiem wszechczasów. Jego brat, Haabalt, stał się zły. Obaj to najbardziej znani Bracia Czasu. Zginęli, walcząc ze sobą. Oskarżali się o zdradę. Tyle że Hazar Makbar miał rację, a Haabalt po prostu kłamał, by znaleźć popleczników dla siebie.

– Och – tylko tyle była w stanie z siebie wydusić.

– Czas nie zawsze jest naszym wrogiem. Wykorzystywany w celach prawych przyjacielem się staje – wypowiedziała spokojnie, zamykając oczy.

– Przyjaciel to ja. Wróg to ja. Ale nie zawsze – odparła melodyjnie brama.

Wtem rozległa się muzyka. Jako że była noc, stała się kołysanką. Chór śpiewał spokojnie i kojąco działał na zmęczony po dniu pracy mózg. Carmen poczuła się śpiąca. Laura przewróciła oczami, mruknęła zaklęcie. W mig przywróciła siły dziewczynie.

– Chodźmy. – Przeszły przez Wrota Czasu. Znalazły się na ogromnej polanie. Słońce chyliło się ku zachodowi. – Będzie szybciej jeśli polecimy – mruknęła Siostra Nocy.

– Tak, a na czym? – Carmen zastanawiała się, kiedy spotka siostrę.

– Na Smokach – odrzekła krótko Laura. – Wiesz, nie spodziewałam się, że tak wyrośniesz. A jak ci się podobało imię, które dla ciebie wymyśliłam jako przykrywkę w ludzkim świecie? – Wyszczerzyła zęby. Carmen spiorunowała ją wzrokiem.

– Tak. Bycie Alice Rawlison od zawsze było moim największym marzeniem – rzekła z sarkazmem. – A jak miała Cameron?

– Isabel Barrymore – powiedziała, a w jej oczach błysnęła tajemnicza iskra.

– Ona miała lepiej! – oburzyła się Carmen, a Laura wybuchła śmiechem.

– Cicho teraz, wołam Smoka. – Rozglądnęła się po cichej polanie. Strumyk płynął wolno i spokojnie. Nimfy pochowały się do chat. Wydała z siebie pomruk. – Smoki mają piekielnie dobry słuch. Zaraz jeden tu przyleci… – nie dokończyła, a już słyszała bicie ciężkich skórzastych skrzydeł, które przecinały ze świstem powietrze. Niebo rozjarzyło się czerwienią, a ogromny czarny Smok zaryczał. Wylądował. – Witaj, Smoku Denocie – rzekła Laura.

– Witaj, jedna z Sióstr Dnia i Nocy, Kapłanko Księżyca, Matko i Opiekunko Wszystkich Żywych Stworzeń, Ulubienico Centaurów, Lauro – rzekł Denot, wymieniając wszystkie jej tytuły.

Smok był cały pokryty czarną, lśniącą łuską. Miał krótki pysk i duże czerwone ślepia. Skrzydła, ogromne, skórzaste, złożył po bokach. Ogon miał długi, zakończony maczugą. Łapy Smoka, potężne i umięśnione, zakończone były krótkimi palcami z ostrymi pazurami.

– Podrzucisz nas? – spytała Laura. – Ach, a to Carmen, jedna z Sióstr Żywiołów.

– Chylę głowę, pani – rzekł Smok. – Oczywiście, że mogę was wziąć na grzbiet – mówił wolno głębokim głosem.

Laura zgrabnie weszła na Smoka, ale Carmen miała z tym małe problemy. W końcu udało jej się wdrapać, z niewielką pomocą smoczych skrzydeł.

– Dokąd? – zapytał Smok.

– Kocie Miasto – podpowiedziała Siostra Nocy z tajemniczym błyskiem w fioletowych oczach.

Smok zamachał skrzydłami, po czym wzbił się w powietrze. Lecieli przez dłuższy czas. Słońce już dawno zaszło, zostawiając księżyc. Minęli kilka wież wartowniczych, Laura pociągnęła nosem.

– Byli nad Miastem Siedmiu Wojowników – rzekła z pewnością w głosie. – Niechybnie. Czuję magię. Ale… To nie magia Lilian. Jakieś zwierzę. – Zastanowiła się chwilę. – Jednorożce – powiedziała w końcu. – Leciały na Jednorożcach.

– To są tu Jednorożce? – podekscytowała się Carmen.

– Tak – przytaknęła kobieta. – Od prawie dwóch tysięcy lat Lilian jeździ tylko na nich. – Spojrzała przed siebie. – Widzę Kocie Miasto – mruknęła. – Denocie, a co w Smoczym Zakonie? – spytała.

– Nic – odparł Smok. – Jafot widział dziś Siostrę Dnia i Siostrę Żywiołów. Mówił, że były zajęte. Leran uczy w Akademii Kotów. – Wyszczerzył kły. Błysnęły bielą.

– To wspaniale! – ucieszyła się Laura. Spojrzała na Carmen. – Zapoznam cię z Prawem Mii zanim pójdziesz do szkoły. – Smok wylądował na placu. – No, jesteśmy! – krzyknęła radośnie, zsuwając się z grzbietu. – Dziękuję, Denocie.

Carmen z siadła ze zwierzęcia, również mrucząc podziękowania.

– Do zobaczenia, powodzenia życzę – wymruczał, kłaniając się. Odbił się od ziemi i odleciał. Zatrzymał się na chwilę w powietrzu. Plunął ogniem. – Żegnajcie! – Odfrunął, a niebo przysłoniły szare chmury.

– Oho, zbiera się na burzę – mruknęła zaniepokojona Laura. – Chodź – szepnęła. Sama ruszyła placykiem w stronę najbliższej bramy. Stanęła pod nią. – Tu mieszkasz. Zapamiętaj adres. Plac Kociej Mądrości. A teraz do pokoju! – Z uśmiechem otwarła ciemne drzwi. Carmen weszła do przedpokoju. Stała w nim dziewczyna.

– Carmen? – szepnęła, a w jej oczach zalśniły łzy szczęścia, ale były pełnie niedoriwerzania.

– Cameron! To ja, twoja siostra! – Dziewczyny uścisnęły się. Poleciały im łzy. Tyle czasu się nie widziały. Nigdy się nie znały. Aż do teraz...

Z cienia wyłoniła się postać w bieli.

– Nieźle się spisałaś, Lauro.

– Ty też, Lilian – skwitowała Siostra Nocy.

Wymieniły ze sobą uśmiechy.

– Witajcie w domu – powiedziały ciepło kobiety do dziewczyn.

Carmen i Cameron, bliźniaczki, spojrzały na obie kobiety. Obydwie dziewczyny miały włosy barwy kasztanowej, która w słońcu była ognistoruda, oraz radosne, ciekawe wszystkiego zielone oczy. Delikatne nosy i pełne usta. Jednak, gdy stanęły obok siebie, różnica między nimi była diametralna. Cameron, podrzucona córka zamożnej rodziny, a Carmen była córką dwójki wieśniaków, którzy pracowali głównie w polu. Ta pierwsza dużo podróżowała. Jej siostry bliźniaczki nie było na to stać. Mimo to obie były nad wyraz kulturalne, miłe i zawsze chłodno oceniały sytuację.

– Kiedy już wyrośniecie na kobiety, gdy staniecie się dorosłe, zmienicie się – powiedziała Laura.

– Tak – przytaknęła jej Lilian. – Może się wszystko zmienić. Od koloru włosów, przez kolor oczu, po kształt nosa – dokończyła.

– Chciałabym mieć czerwone oczy! – rozfantazjowała się Carmen. – Żeby pasowały do żywiołu ognia!

– A ja w kolorze ciemnego błękitu! Ale żeby przy źrenicy i na obwódce były wściekle zielone! – dołączyła się Cameron.

– Tak, tak, a obydwie dostaniecie bure włosy w ramach nauczki – rzekła z tajemniczym uśmiechem Siostra Dnia. – Idźcie już spać. Miałyście dość wrażeń na dziś, nie mam racji? – uniosła brwi, a bliźniaczki zrobiły niewinne miny. – Carmen, opowiedz Cameron o spotkaniu z Thomasem – poleciła. Siostry spojrzały po sobie. Uśmiechnęły się tajemniczo i znacząco. Zielone oczy zalśniły niemal w tym samym momencie. – Ja mam coś do obgadania z moją kochaną siostrzyczką, także do widzenia! – Pogoniła Siostry Żywiołów do sypialni. Przeszła z Laurą do salonu, a tam padła ciężko na kanapę.

– Okropność – mruknęła Laura. Lilian potarła ręką skroń, zbyt zmęczona by odpowiedzieć. – Jak tak dalej pójdzie, to się wykończymy. Król i Królowa już dawno powinni byli zabić Badalota, Baazala i ich sprzymierzeńców! – warknęła. – Gdybym tylko mogła, zabiłabym ich gołymi rękami. Zdrajcy – mruknęła. – Siedzimy przez nich w niezłym bagnie.

– Wyobrażasz sobie wtedy życie? Jakie ono byłoby nudne? – zakpiła Siostra Dnia. – Nie musieć ratować dziewczynek przed Braćmi Zemsty… Badalot i Baazal najchętniej by nas zabili za tamtą ucieczkę. Ale w sumie całkiem nieźle było skorzystać z Bramy Czterech Stron Świata. Nigdy nie wiesz, gdzie wylądujesz – zaśmiała się cicho. – A Król i Królowa wierzą w ich niewinność, albo po prostu Bracia porwali jakiegoś Alchemika. Kazali mu zrobić Eliksir Zaufania i już. – Skrzywiły się na tę myśl. – Łatwy do podania, ale jego skutki są niewyobrażalne. Ufasz każdemu, gadasz wszystko… Wrogowie wysyłają szpiegów, by wypytywali. Sami zjawić się nie mogą, bo ludzie ich rozpoznają, ale tak… – Schowała twarz w dłoniach. Laura pogłaskała jej srebrne włosy.

– Nie martw się. – Lilian spojrzała na siostrę. Oczy miała podkrążone, wyglądała jak upiór. Nagle oczy Laury zrobiły się wielkie, Lilian widziała w nich swoje odbicie oraz paniczny strach. – Czy ty chcesz powiedzieć, że kiedy Siostry Żywiołów pójdą do Akademii Kotów, Król lub Królowa mogą chcieć im podać Eliksir, by Badalot i Baazal wiedzieli…

– Tak – wyszeptała Siostra Dnia. – Tego boję się chyba jednak najbardziej – wyszeptała tak cicho, że Laura nie była pewna czy dobrze słyszy.


I po pierwszym rozdziale. Mam nadzieję, że was zachęciłam. Jest tylko 10 rozdziałów dość długich. Ale to wciąż mało, teraz piszę dłuższe.