WCIELENIE


Era Sengoku, ok. 500 lat temu

Amida uśmiechnął się do Yamato. Młodzieniec aż śmiesznie rozdziawił usta ze zdumienia, kiedy bóg pokazywał mu jego przyszłe wcielenie. Ognisty rumak boga śmierci, Entei, przyglądał się Yamato rdzawoczerwonymi ślepiami. Wydawało się, że nie mrugał, patrząc w napięciu na chłopaka, oczekując jakiejkolwiek reakcji.

Yamato zamknął usta, zamrugał powoli, chowając na dwie sekundy piwne oczy pod powiekami. Czarne włosy zniewolił rzemykiem. Kilka kosmyków, dzikich i nieokiełznanych niczym boski ogier, wymknęło się spod niego, po czym okoliło młodzieńczą twarz, dodając niewinnego uroku. Amida wyszczerzył zęby, klepiąc chłopca krzepiąco po ramieniu. Rękaw granatowego kimona, ozdabianego srebrną nicią, zjechał mu do zgięcia łokcia, odsłaniając złotą skórę. Roześmiawszy się dźwięcznie, popchnął go w stronę przyszłego wcielenia.

Słońce sięgnęło zenitu, gdy Yamato, przełamawszy się, podszedł wolno do postaci. Tak będzie wyglądał za pięćset lat? Nie, żeby mu się jego przyszłe wcielenie nie podobało, jeśli chodzi o wygląd, co to, to nie. Wcale nic do niego nie miał. Ale… dziewczyna? Czemu musiał zostać w przyszłości dziewczyną?

Widział w jej delikatnych rysach swoje własne, chociaż był chłopcem. Miała miękkie, falujące włosy barwy kruczych skrzydeł, piwne oczy błyskały tajemniczo, kiedy delikatny półuśmieszek rozjaśniał jej cudną twarz. Po co Amida mu to pokazywał? Przecież był bogiem śmierci. On odbierał życie. Więc?

— Dlaczego? — zapytał szeptem Yamato. — Po co mi to pokazujesz?

Amida zbliżył się, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Entei podszedł do dziewczyny, która nawet nie drgnęła. Rumak pochylił się, więc mogła go dosiąść. Bóg westchnął niemal niesłyszalnie, gdy ogier, odbiwszy się mocno od ziemi, wzbił się w niebo, natomiast na jego grzbiecie barwy burgunda siedziała dziewczyna — przyszłe wcielenie Yamato.

— Nie pokazałem ci Uzume bez powodu, mój miły. Twoje przyszłe wcielenie miało ci udowodnić to, co odrzucałeś. Wierzysz, że zabiorę cię po śmierci i nigdy nie oddam życiu, prawda? To Fujin jest od tego. Mój młodszy, ale jakże kochany braciszek — powiedział z ironią — czasem zbytnio idzie za wyobraźnią. Natomiast ja chcę ci udowodnić, że nie musisz bać się śmierci, ponieważ kiedyś znów się odrodzimy. Powinieneś to wiedzieć, mój miły. Jesteś mnichem.

— Skoro tak mówisz, Wielki Amido — mruknął Yamato. Już wolałby zostać zabrany przez boga śmierci niż jego nienormalnego brata-demona, boga jęczącego wiatru w skórze leoparda. Zadrżał. Z całą pewnością wybrałby Amidę.

— Mówię to, ponieważ wierzę w ciebie, mój miły. — Bóg znów się uśmiechnął promiennie.

— To co z tą wiedzą? Jeśli umrę, odrodzę się. Dobrze. Lecz co dalej?

Amida spojrzał na niego ze zdumieniem.

— Dalej? Dalej, mój miły, czeka nas życie. Wciąż i wciąż to samo życie z różnymi przygodami. Niedługo zrozumiesz. — Zagwizdał ostro, a znikąd pojawił się Entei. Bóg dosiadł swego wiernego rumaka, natomiast zwierzę zarżało. — Do zobaczenia w innym życiu, mój miły. Spotkamy się już niebawem. Sam pozdrowisz Izanagi! — Mrugnąwszy do skonfundowanego chłopca, zniknął między białymi barankami, hasającymi po niebie.

Yamato westchnął, poprawił kimono, po czym ruszył w dalszą drogę w poszukiwaniu mądrości. Jako mnich wiele podróżował, odwiedzał przeróżne miejsca, miał możność spotkać kilku możnowładców oraz panów feudalnych, samurajów czy zwykłą, stałą armię, jednak nic go nigdy nie cieszyło tak bardzo, jak możliwość pobycia w swoim towarzystwie. Uwielbiał rozmyślać w samotności, studiować filozofię. Ze względu na prowadzony tryb życia, często było tak, jak lubił.

Nie zaplanował postoju na tę noc, więc bez wahania wszedł między pierwsze drzewa. Wątpił, aby jakikolwiek rozbójnik zainteresował się mnichem ubranym w ciemnofioletowe kimono z długim kijem w ręce. Nie miał przy sobie nawet jednej monety, żył z datków ludzi mieszkających w mijanych wioskach.

Nauki na mnicha rozpoczął młodo, ponieważ miał dopiero dziesięć lat. Jednak co miał zrobić, skoro jego rodzina została zabita przez grupę wędrownych bandytów? Stary mnich z chęcią go przyjął, a teraz znał się na tym, wciąż kształcąc w pozostałych dziedzinach.

Nawet nie wiedział, kiedy usłyszał głos odbijający się echem po całym lesie:

— Yamato, mój kochany, niebawem twój koniec… — Kobiecy głos. Głos przepełniony słodyczą oraz radością. Młodzieniec zadrżał. Wiedział, że tylko Izanami byłaby w stanie tak radować się na myśl o śmierci.

Zmęczony długim dniem, spędzonym na marszu i rozmowie z bogiem, położył się pod drzewem przy zapalonym ognisku.

Zasnął. We śnie widział zasmuconą twarz bogini Yuki-Onny oraz rozradowane oblicze Izanami. Śnił o śmierci. I nigdy się nie obudził.


Czasy współczesne, 2011 rok

— Uzume! Uzume, wstawaj!

Dziewczyna usłyszała swoją matkę. Jęknęła, przewracając się na drugi bok. Miała świadomość, że naprawdę powinna się ruszyć i zejść na śniadanie, jednak nawet perspektywa spóźnienia oraz krzyków matki nie była w stanie jej przekonać. Lecz gdy usłyszała wściekłe: „Już ja ci dam!", zerwała się z łóżka, po czym na boso biegła po schodach do kuchni. Nim zeskoczyła z trzech ostatnich stopni, straciła możliwość ruchu. Rozejrzała się ze zdumieniem, chciała zrobić krok, jednak jakaś nieznana siła odepchnęła ją. Miała wrażenie, że czas się zatrzymał.

— Ponieważ się zatrzymał, moja miła — usłyszała cudowny szept.

Podskoczyła, łapiąc się za serce.

— K-kim jesteś? — wyszeptała nieco jękliwie. Patrzyła rozszerzonymi z przerażenia oczami na mężczyznę, który uśmiechał się do niej łagodnie, niemal po ojcowsku. — Co robisz w moim domu? Skąd znasz moje myśli?

— Myślę, że możesz mówić mi Amida, moja miła. A to — u jego boku pojawiła się srogo wyglądająca kobieta — jest Izanami. Nie bój się, nie zrobi ci krzywdy — dodał łagodnie. — Z naszej dwójki to ja jestem bogiem śmierci. Jednak nawet ja cię nie dotknę, ponieważ jako Yamato doświadczyłaś łask Yuki-Onny. Żałuję, że nie zdążyła przed Izanami, był świetnym młodym mnichem. A raczej ty byłaś — Pokręcił głową, ubolewając.

Uzume patrzyła na dwójkę nieproszonych gości rozszerzonymi oczyma. O czym oni, do cholery, w ogóle mówili? Czemu jakieś dwa świry, które włamały się jej do domu, twierdziły, iż są bóstwami? Przecież… Ech, do tego starodawnymi bóstwami! Wielkim Amidą i Matką Izanami! I kim był ten cały Yamato… Że niby ona była chłopakiem? Wolne żarty!

— To nie żart, dziewczyno — odezwała się chłodno Izanami. — Yuki-Onna teraz nieźle cię ochrania, nie możemy do ciebie podejść, mając złe zamiary. Bardzo dobrze to sobie przemyślała.

— Nie zapominaj, że mówimy o Królowej Śniegu — rzekł zaczepnie Amida, uśmiechając się szeroko.

Wreszcie Uzume odzyskała zdolność mówienia.

— Ja tu jestem! — Spojrzeli na nią — Izanami spod uniesionych brwi, Amida szczerząc zęby. Chrząknęła, jednocześnie uciekając wzrokiem. Rumieniec pokrył jej policzki. — No więc, po co tu jesteście? — Dobrze, nie chcieli lub nie mogli jej skrzywdzić. To zawsze jakiś plus. A ona raczej nie znała włamywaczy, którzy opanowaliby technikę znikania i pojawiania się znikąd, jak zrobiła to Izanami. Do tego ta gadka o bogach, mnichach… Postanowiła ich posłuchać, więc skrzyżowała ręce na piersi, stwarzając dystans.

— Żeby ci coś pokazać… — Amida uśmiechnął się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Pstryknął palcami.

Przed Uzume pojawił się mężczyzna. Dorosły, wysportowany, ale jednocześnie elegancki. Rozpoznała oczy — na te same patrzyła co dzień w lustrze. Rozchyliła usta ze zdumienia. Jej tato? Przecież on umarł dawno temu…

Podeszła do postaci, wyciągając przed siebie rękę.

— Ojcze…?

Postać spojrzała na nią przenikliwie.

— To nie twój ojciec, moja miła — rzekł cicho Amida. — To Hiruko, twoje przyszłe wcielenie.