Valmai Dibeartach Lan, 2 lipca 825

Valmai spacerowała ulicami Cathair Cothrom. Większość plebejuszy usuwała się jej z drogi, widząc barwy najbardziej nielubianego domu. Tylko jedna dziewczyna nie odsunęła się na bok. Stała tyłem do szlachcianki, najwyraźniej czymś zajęta.

- Z drogi! – syknęła kobieta; Dibeartach Lan czy nie, plebejusze nadal musieli ustępować jej miejsca.

Dziewczyna nie zareagowała. Szlachcianka podniosła dłoń, żeby ją uderzyć. Tym razem plebejuszka uchyliła się zręcznie. Odwróciła się, a w jej szarych oczach widniało zaskoczenie.

- Ty głupia dziewko! Komu służysz? Twoi państwo powinni cię wybatożyć za taką zuchwałość! – krzyknęła Valmai.

Brwi dziewczyny podniosły się do góry. Patrzyła na nią, jakby nie rozumiała, co się do niej mówi. Wbrew sobie Dibeartach Lan poczuła się zaniepokojona. Czyżby plebejuszka była głucha? Jeśli tak, najpewniej wyznawała Wygnańca – to samo bóstwo, które było patronem jej własnego domu… Wreszcie dziewka powoli odpowiedziała.

- Szlachetna pani wybaczy… nie dostrzegłam jej. – ukłoniła się głęboko.

Głos dziewczyny z pozoru tylko nie różnił się od głosów innych elfów. Valmai dostrzegła jednak, że nieco mniej w nim melodii niż to ma miejsce zazwyczajmelodyjnego brzmienia, co tylko potwierdziło jej podejrzenia. Zdecydowała się więc być bardziej litościwa niż zwykle.

- Tym razem ci wybaczę, łachudro. Zmykaj stąd, zanim zmienię zdanie! – warknęła.

- Dziękuję bardzo szlachetnej pani – dziewczyna ukłoniła się, ale Valmai zauważyła, że cały czas starała się ona patrzeć na twarz rozmówczyni.

- Jak się nazywasz? – zapytała szlachcianka, wiedziona jakimś nieznanym odruchem.

- Maili, pani.

Dibeartach Lan ruszyła dalej w swoją drogę. O dziewczynie imieniem Maili zapomniała, gdy tylko zanurzyła się głębiej w tłum. Minęła ją lektyka w srebrze i złocie – Uasal Lan? Mian Lan? Nie dostrzegła herbu, żołdacy zablokowali skutecznie widok. Odsunęła się na bok – żaden z tych domów nie poszanowałby szlachcianki z domu Dibeartach Lan. Jak bardzo chciałaby zmienić tęą sytuację! Niestety, w mieście w którym genealogia była wszystkim, ona nie wiedziała nic o swoich korzeniach. Nawet kler Dawczyni Życia nie mógł jej pomóc.

Zaklęła pod nosem i kopnęła jakiś luźny kamień na bok. Wszędzie wokół walały się śmieci, niektóre wręcz przysypały kule smoczego blasku oświetlające ulicę.

Cdn.