Notka odautorska: Taka sobie miniatura, niewiele warta staroć, napisana dawno, dawno temu w odległej galaktyce i w żadnym konkretnym celu, ot tak, dla wprawy. Mało to wartościowe, ale nie mam serca wyrzucić.


Nigdy tak naprawdę nie wiedziała, dokąd zmierza. Wieczorami, gdy słońce chowało się za horyzontem, roztaczając wokół siebie ostatnie blaski dnia, siadała na swoim ulubionym fotelu i wpatrywała się w ten imponujący spektakl intensywnych barw i marzyła o odległych krajach, których nigdy nie dane jej było odwiedzić. Myślami odpływała gdzieś poza czas i przestrzeń, dryfowała samotnie po oceanie wyobraźni, bez jakichkolwiek granic, szczęśliwsza niż kiedykolwiek indziej. Rozkoszowała się wyimaginowanymi zapachami i całkowicie nierzeczywistymi obrazami. Szeptem prowadziła wymyślone rozmowy z nieznanymi jej ludźmi, a każdą z nich przeprowadzała kilkakrotnie, powtarzała ciche słowa, ledwie ruszając wargami. Miała ten swój mały, magiczny świat, o którym nie wiedział nikt, w którym czuła się tak bezpieczna. Tylko tutaj mogła sobie pozwolić na odkrycie swej prawdziwej osobowości, na odsłonięcie wszystkich targających nią uczuć, zupełnie bezkarnie. Tylko tutaj tak naprawdę nie bała się otaczającego ją świata - a to dlatego, że świat ten był całkowicie jej. Działał według jej zasad, był tak doskonały, na ile to było możliwe. I dałaby naprawdę wiele, by ten zmyślony, fantastyczny świat mógł zamienić się miejscami z szarą codziennością, która tak bardzo ją przytłaczała.

Być może po prostu chciała zbyt wiele. Być może - wbrew wszelkim pozorom - miała wobec tego świata zbyt wygórowane wymagania? Może stawiała zbyt ostre warunki? Być może też najzwyczajniej w świecie nie potrafiła pogodzić się z tym, że tak bardzo odbiegał on od jej fantazyjnych wyobrażeń. Była bardzo naiwna i w ciągu całego swojego życia doświadczyła tak wielu rozczarowań, że powinna była wyzbyć się wszelkich złudzeń, zamiast tego jednak coraz bardziej uciekała w świat marzeń. Nie chciała stawiać czoła światu, który nijak nie wpisywał się w ustalone przez nią ramy. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że zachowuje się jak rozkapryszona księżniczka na ziarnku grochu i pewnie było w tym trochę prawdy, jednak ona po prostu bardzo się bała. Bała się świata. Bała się, że sobie nie poradzi, że zabraknie jej sił i chęci, by walczyć o swoje. Wolała więc usunąć się w kąt, na swój ulubiony fotel, tuż przed zachodem słońca i pogrążyć się w myślach.

Wydaje mi się, że w gruncie rzeczy czuła się bardzo samotna. Uciekała od rzeczywistości, od otaczających ją ludzi i zatapiała się w świat marzeń, bo tylko tam czuła się ważna. Tylko w marzeniach znajdowała się bowiem w centrum uwagi. Przez całe życie, zawsze, odkąd tylko pamiętała, była taką szarą myszką, prawie niewidzialną, która nie miała nawet odwagi, by patrzeć ludziom w oczy. Nie potrafiła się przed nikim otworzyć i nigdy nie znalazła przyjaciela, którego zdawała się tak bardzo potrzebować. Łaknęła ludzkiego towarzystwa, ale jednocześnie była zbyt nieśmiała by móc sobie pozwolić nawet na niezobowiązującą rozmowę.

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłam na nią patrzeć. Zerkałam na nią ukradkiem spod półprzymkniętych powiek i zastanawiałam się, o czym właśnie myśli. Wydawała mi się tak odległa, a jednocześnie tak fascynująca... Prawdopodobnie nawet nie wiedziała, że o niej myślę. Nie zdawała sobie nawet sprawy, że zawieszałam na niej swój wzrok, chcąc przejrzeć ją na wylot, prześwietlić jak promienie rentgena. Na pewno nawet nie podejrzewała, nie miała zielonego pojęcia, że jej tajemnicza postać może stanowić inspirację dla kogoś, kto nawet zbyt dobrze jej nie znał. Nie wiedziałam nawet, jak miała na imię, ale to nie było ważne. Liczyło się tylko to, że jest, że stoi gdzieś w zasięgu wzroku i że mogę na nią patrzeć i podziwiać ją. Sama nie wiem, nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego tak bardzo mi imponowała. Roztaczała wokół siebie taką dziwną, magnetyczną, a zarazem onieśmielającą aurę.

A potem po prostu zniknęła. Nie pojawiła się nigdy więcej. Rozpłynęła się w powietrzu, jak to senne marzenie. Nie zobaczyłam jej nigdy więcej. Nie wiem, co się z nią stało. Wyjechała? Spełniła swoje marzenie? Jedno z tych, które snuła na swoim ulubionym fotelu podczas zachodów słońca? Uciekła? Ukryła się? Nie wiem. I - prawdę mówiąc - chyba nawet nie chcę wiedzieć. Wolę wyobrażać sobie, że snuje się samotnie po ulicach obcych miast, z uśmiechem na twarzy, że jest szczęśliwa, wreszcie. Tego właśnie się od niej nauczyłam, chociaż nigdy nie dane nam było się poznać. Czasem widzę ją w snach, stoi na pustej plaży i macha do mnie ręką, z pełnym melancholii grymasem, podobnym z daleka do smutnego uśmiechu.

Może jeszcze kiedyś wróci? Chciałabym, żeby wróciła. Żebym znów mogła na nią patrzeć i podziwiać ją.

Była moją najlepszą przyjaciółką.