Notka odautorska: Nie dość, że stare to-to jest, to jeszcze takie z tego ględzenie o niczym z wątkiem autobiograficznym (ha, ha, dobre sobie!). W dodatku coś mi tam w treści zgrzyta i miałam nawet chęci, żeby to napisać od nowa, tym razem porządnie, ale na chęciach się skończyło. A mimo wszystko lubię jednak ten tekst, no, lubię po prostu i tyle.


Nigdy nie lubiłam mojego miasta. Jest w nim coś takiego, co zawsze mnie przytłaczało — nie wiem, może to przez hałaśliwe i zakorkowane ulice, może przez zaniedbane przedmieścia. Chociaż nie... Parę lat temu, jeszcze w szkole średniej, wyjechałam na kilka dni do Wrocławia. Wrocław jest... och, dwa, albo i trzy razy większy od mojego miasta. Czułam się tam tak nieswojo — wszędzie tyle hałasu, szeroka, czteropasmowa ulica w samym centrum miasta, albo przynajmniej taką mi się wtedy wydawała, nie pamiętam już. W każdym razie dużo, dużo głośniej, niż tutaj. Za głośno. Wychodzisz na ulicę i te wszystkie dźwięki po prostu atakują twoje uszy, bezlitośnie przewiercając się na wylot przez mózg, zagłuszają myśli. Wiesz, o czym mówię? Dla kogoś, kto wychował się w niewielkim miasteczku coś takiego jest po prostu straszne. I kiedy po tych kilku dniach wróciłam do domu wydawało mi się, że panuje tutaj anielski wręcz spokój. Godziny szczytu tutaj to błoga cisza w porównaniu do Wrocławia. Tak więc to chyba nie dlatego nie lubiłam mojego miasta. Nie, to musiała być taka sobie pierwsza z brzegu wymówka, dodatkowy argument. Myślę, że nie lubiłam tego miasta, bo musiałam tu tkwić. Tak, właśnie, to musiało być to. Nudziłam się tu. Urodziłam się w tym mieście, dorastałam, spędziłam tutaj całe swoje dotychczasowe życie. Znałam prawie każdy zakątek, zwłaszcza przedmieścia. Bo wiesz? Zawsze najbardziej lubiłam przedmieścia. Mamy tutaj góry i pagórki... I zaporę. Szkoda, że nie można po niej chodzić, że nie można zejść nad wodę. Wszystko ogrodzone. Boją się pewnie, że ktoś się utopi, albo coś... Nie wiem. W każdym razie spędzałam tam dużo czasu. Siedziałam w lesie, chowając się między drzewami przed wzrokiem turystów spacerujących po głównym szlaku. To było takie przyjemne, ale i tak nie zmieniło nic. Bo co niby miało zmienić? Schodziłam z zapory na przystanek, wsiadałam w autobus linii szesnastej i zjeżdżałam nim aż do centrum. Wysiadałam na głównej ulicy i już było po wszystkim. Znowu to samo, ta sama szarość, ten sam hałas, czar prysł, koniec sielanki. A ja chciałam czegoś innego. Chciałam... Właściwie do dzisiaj nie wiem, czego chciałam.

Tak czy inaczej, nie tęskniłam za nim wtedy i nie tęsknię teraz. I chyba nie zatęsknię, chociaż nie wiem, co przyniesie przyszłość. Nigdy tego nie wiadomo. Dziś się zarzekasz, jesteś czegoś pewien, a parę lat później jesteś już kimś zupełnie innym. Przypominasz sobie wtedy, jak to się kiedyś kurczowo pewnych stwierdzeń trzymałeś i śmiejesz się z samego siebie, bo uświadamiasz sobie, że teraz robisz dokładnie to, o czym kiedyś powiedziałeś, że nigdy, przenigdy w świecie. Ironia, prawda? Tacy są ludzie, taka jestem ja, nie ma sensu się tego wypierać. W każdym razie teraz nie tęsknię. Żal mi tylko, że wszystko się skończyło. Nie, nie, nie mówię o dzieciństwie, tego akurat mi nie żal. Mówię poważnie, nie brakuje mi dzieciństwa. Dorosłość całkowicie mi odpowiada. Wiem, że czasem nadużywam truizmów, ale akurat tęsknota za dzieciństwem mnie nie dotyczy. Czego mi więc żal? Ludzi mi żal. Tych ludzi, których tutaj znałam i którzy nic we mnie nie zmienili, na nic nie mieli wpływu i nic o mnie nie wiedzieli, chociaż nazywali się moimi przyjaciółmi, za moją zgodą zresztą. Żal mi ich, bo to wszystko, co nas łączyło po prostu diabli wzięli. Wszystko kiedyś się kończy, prawda? Tak mówią. Truizm, racja. Mówiłam wcześniej. Tak więc żałuję... ale nie tęsknię. To było i nie ma, po co do tego wracać. Lubię czasem powspominać, jak teraz, ale to tak jakbyś książkę czytał — śledzisz losy bohaterów z wypiekami na twarzy, a potem odkładasz ją na półkę i wracasz do swoich spraw. Ze wspomnieniami jest tak samo. Tęsknota działa inaczej, tęsknota nie daje ci żyć, wciąż o sobie przypomina, ciągle gdzieś tam tkwi i ty o tym wiesz. Wspomnienia są dużo zdrowsze, wierz mi.

Czasem jednak zastanawiam się, jak tam teraz jest. Jak to miasto wygląda dzisiaj. Widzę je codziennie, ale czuję się tak, jakby nie było mnie tu od lat. Myślisz, że bardzo się zmieniło? Miasta zmieniają się tak szybko... Ciągle coś budują, ciągle coś burzą, coś remontują, ciągle coś się zmienia. Miasta są bardzo dynamiczne. Wracasz po latach do swojego miasta, do miejsca, które znałeś jak własną kieszeń, i nagle okazuje się, że go nie poznajesz. Nie umiesz się w nim odnaleźć, bo wszystko jest inne. Inaczej to zapamiętałeś, masz w głowie inny obraz, a to, co widzisz, jest nowe. Jasne, poznajesz teatr, poznajesz zamek książęcy czy ulubioną bibliotekę, bo wciąż stoją w tym samym miejscu, ale nie pamiętasz kafejek, nie pamiętasz parkowych alei obsadzonych klonami, nie pamiętasz tego dziwnego ronda, którego przecież kiedyś tu nie było; nawet stacja kolejowa jakoś tak inaczej wygląda. Miasta są jak ludzie. Może dlatego, że miasta tworzą ludzie. Bo w końcu co to za miasto bez ludzi? Jak jezioro bez wody, albo las bez drzew... Nie bez przyczyny główne ulice dużych miast nazywa się arteriami. Zastanawiałeś się nad tym kiedyś? To taka piękna analogia... Ludzie płyną ulicami miast zupełnie tak, jak krew płynie w ich żyłach. Ludzie są krwią miast. Miasto krwawi, gdy ludzie je opuszczają.

A ja... Ja nie kocham swojego miasta. Nigdy go nie kochałam, ono mnie zresztą też nie kochało, tak myślę. To miasto to tylko jedno z wielu miast na mojej drodze. Nie jest szczególne. Pochodzę z niego i nie będę się tego wypierać, ale nie czuję się z nim związana. Nic dla niego nie zrobiłam, nawet nie próbowałam. To był taki rodzaj buntu. Chciałam mieszkać gdzie indziej, w innym mieście, może nawet na innej planecie, to nieważne. Chciałam być w innym miejscu i dlatego tak ostentacyjnie nie dbałam o to miasto. Ale ja zawsze chcę być w innym miejscu, choćby nie wiem co. To taka choroba chyba. A potem było już za późno. Nasze drogi się rozeszły. Znalazłam inny sposób na życie, daleko stąd. I nigdy nie chciałam wrócić. Nadal nie chcę. Nie potrzebują mnie tam, ani ja ich nie potrzebuję. To miasto mnie nie chce, a ja nie chcę tego miasta. A mimo to... Będę tam. Pociąg zatrzyma się na właściwej stacji, wysiądę, rozejrzę się dookoła i jeszcze mocniej zapragnę wyjechać. Bo przecież tam dom twój, gdzie serce twoje. Kolejny truizm, musisz mi wybaczyć.

Nie, nie pytaj mnie o to, gdzie się podziewa moje serce. Ja... Moje serce jest wszędzie, a jednocześnie nie mam go wcale, rozumiesz? Mam duszę wędrowca, to wiele tłumaczy. Mój dom jest wszędzie, gdziekolwiek nie dotrę, tam też będzie mój dom. Nie mam więc domu, nie takiego, jak to się zwykło mawiać. Z moim sercem jest tak samo. Zostawiam kawałek mnie w każdym miejscu, w którym jestem. Niedługo mnie zabraknie, może wtedy osiądę gdzieś na stałe. Może nawet wrócę do mojego miasta. Koniec końców, to tutaj spędziłam najwięcej czasu, więc to tutaj musi być największa część mnie. Myślisz, że nadal gdzieś tu jest? Że to miasto mnie pamięta? Nie wiem... Z jednej strony to byłoby miłe, ale z drugiej... Nie, chyba chciałabym zacząć tu od nowa. Jeśli kiedyś tu wrócę na stałe, to chciałabym tu żyć tak, jakby nigdy wcześniej mnie tu nie było. Byłaby to dla mnie jakaś namiastka mojego obecnego życia, wspomnienie tego, co kochałam. Nigdy nie lubiłam mojego miasta, ale wiesz co? Czuję, że ono nadal jest we mnie. Nadal we mnie żyje. Chyba podświadomie porównuję każde inne miasto do tego. Zawsze dochodzę do wniosku, że to nowe miejsce jest dużo lepsze, co nie zmienia faktu, że zawsze je ze sobą porównuję. Moje miasto wypada na tle innych blado, ale zawsze majaczy na horyzoncie. Po prostu jest. Nie mogę go wymazać. I chyba nie potrafiłabym.

Nigdy nie lubiłam mojego miasta, ale gdybym miała przeżyć to życie ponownie, wiedząc to, co wiem, wybrałabym to miasto, jestem tego pewna. Sentymenty mają potężną siłę i czasem nie można z nimi walczyć.