Minęło już parę tygodni, odkąd Nadia po raz ostatni widziała się ze swoją sąsiadką. Dziwnie było się budzić bez akompaniamentu włączanego za ścianą radia, lecz za to w towarzystwie rozmów obcych głosów. Tak, policja zajrzała tu parę razy, kilkakrotnie z kimś, kto wyglądał na jakiegoś specjalistę. Nadia wychylała wówczas głowę, by lepiej się przyjrzeć, ale rzadko kiedy ktoś zwracał na nią uwagę.

Zresztą trzeba było przyznać, że i do jej drzwi parokrotnie zapukali. Przepytywano ją – jak to się stało, że sąsiadka znikła bez niczyjej wiedzy... gdzie i kiedy widziały się po raz ostatni... co robiła po tym spotkaniu...

Nadia była zmęczona ciągłym odpowiadaniem na jedne i te same pytania. Przewracała oczyma, mówiąc, że spotkały się jedynie na korytarzu, wymieniając parę zdawkowych pytań i odpowiedzi, a następnie każda z nich wróciła do mieszkania i zajęła się swoimi sprawami. Młoda pisarka pamiętała, że tego wieczoru akurat chodziła po pokoju z wielkim kieliszkiem wina w dłoni, szukając pomysłu na kolejny rozdział swojej historii.

Tego ranka, po wszystkich tych tygodniach oczekiwania na to, że cokolwiek się stanie, usłyszała pukanie do drzwi. Zdziwiło ją to; nie miewała gości. Jedynymi jej znajomymi było parę osób mijanych niekiedy w sklepie czy bibliotece, ale bliższych przyjaciół nie miała. Jej rodzina, rodzice oraz młodszy brat, mieszkali kilkaset kilometrów od niej i nie przyjeżdżali zbyt często; czasami odwiedzali ją w dniu urodzin, na święta zaś to ona jeździła do nich.

Tego roku jednak nie była pewna, czy gdziekolwiek wyjedzie. Zdawała sobie sprawę z tego, że Boże Narodzenie niebezpiecznie się zbliżyło, ale nie umiała sobie wyobrazić, jak mogłaby spojrzeć matce w oczy.

W końcu nie tak dawno temu rzuciła pracę, którą jej matka wywalczyła, w sporej kancelarii prawniczej, paręnaście kilometrów od miasteczka, w którym Nadia mieszkała. Teraz miała sporo czasu na pisanie. Owszem, budżet nieco się skurczył i stad te migające żarówki w kuchni, ale była o wiele szczęśliwsza, nie musząc oglądać oszustw, jakich dopuszczali się niektórzy z tych, co prawa mieli strzec, a nie je łamać.

Stanęła przy oknie, mrużąc nieco oczy. Wciąż jeszcze było ciemno; był grudzień, a zegarek nie wskazywał jeszcze nawet szóstej. Zawsze wstawała tak wcześnie – nie była pewna, czy to kwestia przyzwyczajenia czy zwyczajnie problemów ze snem. Ostatnio śniły jej się straszne rzeczy, lecz nawet nie miała komu się z nich zwierzyć.

Tak naprawdę nie była pewna, czy w ogóle ktoś zrozumiałby jej lęk. W końcu te straszne rzeczy mogły nie wydawać się straszne komukolwiek innemu.

Dla innych koszmarami były te sny o chodzących trupach czy o psychopatycznych mordercach. Tymczasem w jej snach pojawiały się jedynie cienie. Czasami mogła dostrzec niewyraźny zarys czyichś czarnych oczu, ale przecież było tak ciemno, że kolor tęczówek mógł być zupełnie inny.

Czyjaś blada ręka sięgała ku jej szyi, zaciskając się z wolna, aż zaczęło kręcić się jej w głowie, lecz nie usiłowała jej udusić. Po pewnym czasie zwyczajnie badała skórę jej szyi, jakby zafascynowana dotykiem, nim z wolna powędrowała ku ramieniu...

Nadia nie wiedziała, skąd brał się ten strach. Czyjś dotyk nie powinien tak bardzo jej przerażać. Przecież nikt nigdy jej nie skrzywdził, a na pewno nie w taki sposób. Z drugiej jednak strony miała wrażenie, że zna osobę, o której śni, i że ta właśnie osoba może jej zagrozić – chociaż nie była pewna, w jaki sposób.

– Zachowujesz się jak ostatnia idiotka – poinformowała swoje odbicie w szybie i szczelniej zacisnęła swoje palce wokół kubka z herbatą.

Od paru dni była przeziębiona, ale to nie powstrzymywało jej od siadania przy komputerze o szóstej rano, by męczyć kolejne rozdziały swojej nowej książki. Wiedziała, że nie spodoba się wydawcy. Nie była jeszcze dość znana, by pozwalać sobie na grymasy, z drugiej jednak strony chciała mieć wpływ na swoje własne historie, a nie tylko wpasowywać się w kadry, które przygotował dla niej wydawca.

Dopiła więc herbatę, odstawiła kubek na parapet i usiadłszy przy biurku, otwarła laptopa. Nie wcisnęła jednak przycisku włączającego, wpatrując się w czarny ekran komputera.

Ten pomysł chodził jej po głowie już od dłuższego czasu, ale uważała go za, cóż, dość niekonwencjonalny. Niemalże nieprzyzwoity.

A co gdyby do historii zniknięcia pani Malinowskiej dopisać historię?

Odchyliła się na krześle i zamknęła oczy. Natychmiast pojawił się obraz z jej snów, ciemne oczy, blada twarz... tym razem wyraźniejsze niż zazwyczaj. Tak, to musiał być morderca. Jako zwykła sprzedawczyni Sandra Malinowska nie mogła się nikomu narazić. Nie była też bogata, co wykluczało morderstwo na tle rabunkowym.

Ale była piękna... i to wystarczyło.

Przygryzając wargę, czując się trochę jak dziecko, które nie chciało być przyłapane na robieniu czegoś nieodpowiedniego, włączyła komputer i rozprostowała palce, które za minutę już tańczyły po klawiaturze szybciej niż kiedykolwiek.

Oczywiście, nie pisała dosłownie o Sandrze Malinowskiej. Pisała o Kirze... zresztą Kira była bibliotekarką, a nie sprzedawczynią. Piękną, ciemnowłosą, niemalże nienaganną. Ale jednak posiadała swój czarny sekret. Romans z nieodpowiednim mężczyzną. I to ten romans doprowadził ją do –

Nie zdążyła nawet dokończyć zdania. Zaklęła głośno, bo nie lubiła, kiedy przerywało się jej pracę, a ktoś uderzał w drzwi z taką natarczywością, że porównanie, z którego była naprawdę dumna, wyparowało jej z głowy.

– Idę! – krzyknęła, niechętnie wstając od biurka i podchodząc do drzwi. Kiedy odsunęła zasuwkę i nacisnęła klamkę, spostrzegła, że w progu stoi listonosz.

Zdziwiło ją to; nie pamiętała, kiedy po raz ostatni otrzymała jakiś list... Z rodziną porozumiewała się przez telefon i internet, a przyjaciół, do których by pisywała, też nie miała. Pewna więc była, że to pomyłka.

– Nadia Hartman? – zapytał młody chłopak, lustrując kobietę pobieżnie wzrokiem, nim wrócił do odczytywania nazwiska na liście.

Kiwnęła głową.

– To ja – odpowiedziała, raczej zdumiona, bo już miała wyjaśniać, że pani Malinowska już tu nie mieszka.

– Tu proszę podpisać – mruknął, podając jej przesyłkę i podając długopis. Gdy tylko wskazał jej odpowiednie miejsce, wpisała datę, imię i nazwisko, mając nadzieję, że zrobiła to poprawnie; nie usłyszała jednak żadnego komentarza, nim chłopak włożył swoje rzeczy z powrotem do torby i rzucił niedbałe pożegnanie na odchodne.

Zmarszczyła czoło i zamknęła drzwi. Serce łomotało jej jak szalone, gdy drżącymi dłońmi obracała kopertę. Część zdenerwowania opadła, kiedy przeczytała, od kogo dostała ten list.

– Pimpek, do cholery...

Kot miał wspaniały talent do wchodzenia jej pod nogi dokładnie wówczas, kiedy nie patrzała przed siebie. Teraz musiała podeprzeć się na najbliższym krześle, by nie upaść. Futrzana kulka prychnęła z oburzeniem i zmierzyła ją takim wzrokiem, jakby to ona była pokrzywdzona.

Nie trudziła się nawet, by rozmasować obolałą dłoń, tylko ze zniecierpliwieniem rozerwała kopertę.

Notatka była krótka. Nadia nawet parokrotnie oglądała drugą stronę kartki, lecz nie spostrzegła nic ponadto, co już kilka razy przeczytała, szybko przebiegając wzrokiem po formalnych słowach.

Brak znamion przestępstwa? – powtórzyła kilkakrotnie z niedowierzaniem. – Co takiego musi się stać, żeby ci durnie spostrzegli, że coś tu się stało? Że Malinowska nie wsiąkła w podłogę? Przecież nie znikła! Nie teleportowała się!

Ze złością rzuciła kartką w kąt; ta niemalże jak na złość delikatną falą spokojnie opadła na dywan.

– Umorzone... ze względu na brak znamion... – bełkotała do siebie, podczas kiedy siedzący opodal Pimpuś przyglądał jej się z zainteresowaniem, gdy dłońmi raz po raz przeczesywała włosy. W końcu pozwolił sobie na ciche miauknięcie.

Nadia przystanęła i popatrzała w jego kierunku.

– Wiesz co, Pimpek... chyba sami będziemy musieli odkryć, co się stało – powiedziała, zrezygnowana. Nie miała ochoty bawić się w detektywa, ale dręczyło ją to wszystko niemiłosiernie. Nie była pewna, czy policja nic nie znalazła, czy też znalazła coś, czego się obawiała, co nie mogło wyjść na jaw.

Zresztą co taka dwudziestopięcioletnia kobieta z kotem może zrobić? Może i nasłuchała się trochę w kancelarii, w której pracowała jako sekretarka, ale to nie czyniło z niej jeszcze policjanta – ani, broń Boże, detektywa.

– Ty będziesz Holmesem – zwróciła się do kota – a ja twoim Watsonem.