Pomimo decyzji, jaką powzięła, Nadia naprawdę się wahała. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, jak niebezpieczna była zabawa w detektywa. Z drugiej jednak strony nie mogła sobie pozwolić na to, by zaginięcie pani Malinowskiej zostało zwyczajnie zignorowane.

Bo to, co działo się wokoło, było nie do przyjęcia. Wkrótce po zniknięciu biednej kobiety w sklepie na jej stanowisku zatrudniono jakąś młodą dziewczynę z paskudnym zwyczajem strzelania balonami z gumy do żucia, mówiącą z tak okropnym znudzeniem w głosie, że człowiekowi natychmiast przechodziła chęć kupienia czegokolwiek. Parokrotnie usłyszała też plotki na temat wynajęcia mieszkania obok komu innemu... Raz czy dwa napotkała nawet jakieś obce osoby; mogli to być potencjalni nabywcy – albo po prostu ludzie zainteresowani tajemniczym zaginięciem nieznanej nikomu kobiety.

Z początku, chociaż sama sobie obiecała, że rozwiąże tę zagadkę, niewiele robiła w tej kwestii. Oczywiście zawsze znajdowała jakieś wymówki. Jedną z nich była praca – dlatego też nadal przesiadywała przed komputerem kilkanaście godzin dziennie, starając się pisać. I choć do tej pory nie miewała raczej problemów z tworzeniem fabuły, teraz zwyczajnie nie potrafiła znaleźć w sobie wystarczającej motywacji. Parokrotnie nawet przyłapała się na tym, że siedzi, wpatrzona w czarny ekran, przez godzinę, zatopiona w myślach.

Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Było to dość oczywiste, że odczuwała strach, ale nie potrafiła go przypasować do żadnego źródła. Najoczywistszym byłby lęk przed tym, że i ona zniknie w jakichś nieznanych okolicznościach, skoro pani Malinowska, tak przeciętna osoba, zaginęła nie tak dawno temu. A jednak kiedy zadała sobie to pytanie i szczerze się nad nim zastanowiła, zrozumiała, że nie tego się bała.

Mogły to też być sny, które dręczyły ją teraz każdej nocy; co więcej, ilekroć przymykała oczy na dłużej niż sekundę, te same obrazy pojawiały się pod jej powiekami. Przerażająco zimne oczy. Oczy, które mogłaby sobie wyobrazić, że należały do mordercy.

Nie była pewna, czy nie jest to jakiś znak. Bo przecież z jakiegoś powodu te sny rozpoczęły się wówczas, kiedy zainteresowała się sprawą sąsiadki. Kłamstwem byłoby rzec, że stało się to równo z jej zniknięciem... ale wystarczyło zgłosić zaginięcie na policję, a niepokojące obrazy zaczęły pojawiać się coraz częściej.

Ale i to nie zdawało się być odpowiednio przekonującym powodem. Tak naprawdę nie wiedziała, czego się bała. Jak gdyby i to, czego się obawiała, nie było niczym do końca zdefiniowanym.

Teraz jednak, siedząc z kolejnym kubkiem mocnej kawy w ręce przed niewłączonym jeszcze komputerem, zastanawiała się, od czego zacząć. Nie znosiła mocnej kawy, ale bez jej dużej ilości ostatnimi dniami nie była w stanie funkcjonować.

Pimpuś otarł się o jej kostkę, po czym, wbijając ostre pazurki w jej łydkę, wspiął się jej na kolana, gdzie zwinął w kulkę, mrucząc.

– Wiesz co, Pimpuś? Sądzę, że musimy się tam wybrać. Do mieszkania Malinowskiej. Pewnie policjanci zabrali już większość rzeczy, które mogły mieć jakieś znaczenie, ale być może znajdziemy coś, co pomoże nam rozwiązać tę zagadkę. Bo przecież gdyby policja to znalazła, toby byli w stanie powiedzieć cokolwiek poza tym, że nie widzą tu oznak przestępstwa...

Zamilkła. Nie była w stanie pozbyć się natrętnej myśli, że to nie kwestia tego, iż policjanci znaleźli za mało, by określić przyczynę zniknięcia kobiety... lecz zbyt wiele, by mieć odwagę kontynuować poszukiwania.

– Tylko jak tam wejść? Wiem, że nikt nie pilnuje tego mieszkania... ale co jeżeli akurat w momencie, gdy będziemy tam wchodzić, ktoś będzie przechodził obok? Jakiś... jakiś chętny do kupienia go... albo kto inny...

Na samą myśl bycia przyłapaną przez policję zadrżała. Jakoś ta wizja nie przypadła jej do gustu, a była zbyt prawdopodobna, by nie wziąć jej pod uwagę.

– No i... sam sposób wchodzenia – mówiła dalej, a kot przypatrywał się jej z widocznym zainteresowaniem. Po chwili pacnął ją puchatą łapką w usta, wywołując u Nadii krótki śmiech. – Jak tam wejść...? – Z wolna ujęła łapkę Pimpusia i odsunęła ją od ust. – Nie mam pojęcia, jak posługiwać się wsuwką... no i jeszcze można przez okno, ale w ten sposób łatwiej jest być przyłapanym...

Jęknęła i wstała, biorąc kota w objęcia. Ten wystraszył się nagłym ruchem i zacisnął pazurki na swetrze właścicielki, która syknęła cicho.

– Najlepiej byłoby ciebie tam wrzucić, żebyś pooglądał... ale ty nawet nie rozumiesz słowa z tego, co mówię.

Oczy Pimpusia zwęziły się i przypominały teraz raczej wąskie szparki. Jego reakcje zdawały się świadczyć przeciwko jej słowom, lecz ona teraz wpatrywała się w okno. Zimowe słońce wpadało do jej pokoju, sprawiając dziwnie ponure wrażenie.

Niedługo Boże Narodzenie. Zazwyczaj wyjeżdżała wówczas do rodziny, ale gdy wracała, zawsze czekał ją wesoły uśmiech Sandry Malinowskiej. Nie podobała jej się myśl, że tego roku będzie inaczej.

Musiała to zrobić tej nocy. Tej nocy trzeba będzie wejść do mieszkania sąsiadki i dowiedzieć się czegoś więcej o jej zaginięciu.

Delikatnie odłożyła więc kota na podłogę i wróciła na swoje miejsce przy komputerze, który dopiero teraz włączyła. Zamiast jednak otworzyć plik ze swoją książką, po raz pierwszy od dłuższego czasu kliknęła na ikonkę przeglądarki internetowej i drżącymi palcami wystukała zapytanie.

Jak za pomocą wsuwki otworzyć zamek.

Przebiegła wzrokiem wyniki wyszukiwania, po czym odchyliła się na krześle, zaczesując włosy do tyłu palcami. Zaśmiała się krótko. Przecież to absurd.

Tak się włamują tylko przestępcy w filmach. Ona nie była przecież ani przestępcą, ani też nie działo się to w filmie. Wyprostowała się więc i kliknęła w pierwszą odpowiedź.

– To cholernie trudne – mruknęła do siebie z niezadowoleniem, marszcząc czoło. Wyjęła z koszyczka na biurku wsuwkę i próbowała sobie wyobrazić, że rzeczywiście otwiera nią jakiś zamek.

Wreszcie, głośniej, niżby chciała, opuściła dłoń na blat biurka.

– Do cholery, jestem pisarką, nie detektywem! Co ja sobie wyobrażam? Że będę chodziła po cudzych mieszkaniach i...

Odwróciła się w kierunku okna, przerywając swój monolog. Nawet nie zauważyła, kiedy słońce zaszło, pozostawiając na niebie głęboki granat. Ale to nie to przyciągnęło jej uwagę; przysięgłaby, że ktoś przed chwilą zaglądał do jej pokoju przez okno... i może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż znajdowało się ono dobre trzy metry nad ziemią.

Przywidziało ci się, pomyślała, ale, drżąc na całym ciele, podeszła do okna i otwarła je. Oparłszy się o parapet, wychyliła na zewnątrz. Chłodne, zimowe powietrze owionęło jej twarz i dopiero teraz zorientowała się, jak dziwnie jest rozpalona.

Na zewnątrz nikogo nie było. Cóż, nie była to często uczęszczana dzielnica, zresztą miasteczko też nie było gęsto zaludnione. Chociaż nie było jeszcze późno, to fakt, iż już zdążyło zrobić się ciemno, skutecznie odstraszał wszelkich spacerowiczów.

Przywidziało ci się, powtórzyła sobie w myślach, tym razem bardziej natarczywie. Raz jeszcze omiotła wzrokiem okolicę, nim zamknęła okno – z trochę większym rozmachem, niźli planowała.

Już-już miała wrócić na swoje miejsce, kiedy zdusiła okrzyk.

Ktoś – albo coś – otwarło drzwi do jej mieszkania, a ona nawet tego nie zauważyła. Mogłaby sobie wmówić, że stało się to przez przeciąg, kiedy otwierała okno, gdyby nie fakt, iż nigdy nie dopuszczała do tego, by drzwi nie były zamknięte na zasuwkę.

– Spokojnie. Po prostu... po prostu tym razem zapomniałam – powiedziała z wahaniem w głosie.

Ręce jej drżały, kiedy zamykała drzwi i zasuwała rygiel, tym razem parokrotnie upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu. Następnie z wolna ruszyła do kuchni. Odetchnęła głęboko, błogosławiąc fakt, że było to kwadratowe pomieszczenie, w którym nikt nie mógłby się schować. Ze stojaka wyjęła największy nóż, jaki miała, po czym wybrała się na obchód mieszkania.

Jeszcze nigdy jej serce nie biło tak mocno i tak głośno. Miała wrażenie, że ono samo byłoby w stanie zaalarmować każdego, kto znalazłby się w jej mieszkaniu, niezależnie od tego, jak cicho by się poruszała.

Z pewnego rodzaju ulgą przyjęła do wiadomości fakt, iż w żadnym z pokojów nie znajdował się nikt, kto tam znajdować się nie powinien, a więc prócz niej i Pimpusia nie było tu nikogo. Zatem ktokolwiek otworzył drzwi zrobił to albo dla zabawy, by ją nastraszyć, albo wszedł tu, wziął, czego potrzebował, po czym zniknął.

Ale czy Nadia posiadała cokolwiek o jakiejś znacznej wartości?

Była dopiero początkującą pisarką. Nic więc dziwnego, że jej zarobki były stosunkowo nikłe. Kto więc chciałby ją okradać? Musiałby być szalony. Albo wyjątkowo głupi.

– To musi być dzisiaj w nocy, Pimpuś. Albo zwariuję – niemalże wyszeptała.

Nigdy nie była strachliwą osobą. Owszem, bała się paru dość absurdalnych rzeczy, ale nastraszyć było ją trudno. Teraz, ktokolwiek się z nią bawił, robił to w dość okrutny, ale i umiejętny sposób. I nie wiedzieć czemu, Nadia odczuwała, że istnieje związek pomiędzy tym wydarzeniem a zniknięciem sąsiadki. A jej sny... i to przywidzenie... były dopełnieniem całej zagadki.

Wróciła więc do kuchni i odłożyła nóż na miejsce. I raz jeszcze tego dnia serce podskoczyło jej do gardła, gdy jej oczy napotkały karteczkę, której z całą pewnością nie było, gdy wchodziła tu po raz ostatni.

Na pograniczu jawy i omdlenia sięgnęła więc po notatkę i przeczytała.

– Jeżeli zajdziesz zbyt daleko, zgubisz się. Na końcu tej drogi czekać cię może tylko śmierć.

Ręka opadła jej bezwładnie u boku, a liścik wyśliznął się spomiędzy odrętwiałych palców. Nigdy w życiu nie spodziewała się, że ktoś będzie jej groził. Zresztą... dlaczego ktokolwiek miałby jej grozić...?

Pójście na policję w tym momencie wydawało się być bez sensu; nie ufała już ludziom, którzy pozwolili, by zaginięcie kobiety pozostało sprawą nierozwiązaną. Jeżeli więc poskarży się, że ktoś jej grozi, czy istnieje szansa, że ją obronią?

Prychnęła cicho.

Ktokolwiek to był, może jej grozić do woli. Ona nie da się nastraszyć tak łatwo. Ona, Nadia Hartman, dowie się, co stało się z Sandrą Malinowską.