Przez całą tę noc Nadia nie była w stanie zmrużyć oka; przewracała się z jednego boku na drugi, czując piasek pod powiekami, lecz nie potrafiła zasnąć. Bolała ją głowa, pomimo wziętych paru pigułek, które miały uśmierzyć ten ból, i miała wrażenie, że wciąż ktoś ją obserwuje, mimo iż było to zupełnie absurdalne.

Chociaż może wcale nie tak absurdalne? Gdyby nikt jej nie obserwował, czy naprawdę otrzymywałaby wszystkie te ostrzeżenia i groźby? Zamykała przecież drzwi na klucz i starała się nie otwierać okien w nadziei, że to coś pomoże. Kiedy wróci, pomyślała, trąc palcami powieki, będzie musiała zmienić zamek...

Bo ktoś, w jakiś przedziwny sposób, był w stanie dostać się do jej mieszkania, zupełnie niepostrzeżenie. Gdyby Nadia była trochę bardziej naiwna, zapewne uwierzyłaby w to, że to jakiś duch albo inna nadprzyrodzona istota – ale nie była już dzieckiem, żeby wierzyć, że rzeczywiście jakiś duch nawiedzałby jej mieszkanie tylko po to, żeby ją straszyć. Zresztą to nie duch porwał panią Malinowską.

Nadia odetchnęła głęboko i raz jeszcze zmusiła się do zamknięcia oczu w nadziei, że wyczekiwany sen wreszcie nadejdzie. Wtedy poczuła, jak coś dotyka jej nogi, i wrzasnęła.

– Pimpek, do jasnej cholery, doprowadzisz mnie do zawału, ty mała, kudłata kulko! – pisnęła drżącym głosem. Cała się trzęsła, a serce łomotało jej jak szalone.

Kot spojrzał na nią z wyrzutem i mruknął cicho, moszcząc sobie posłanie w nogach jej łóżka. Nadia zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Po chwili wysunęła nogi z łóżka i na oślep odszukała stopami swoje pantofle. Ziewając, wstała i rozciągnęła się, czując, jak jej zdrętwiałe ciało odzyskuje zdolność czucia. Z wolna ruszyła do łazienki i spojrzała na swoje odbicie w lustrze.

Udało jej się zmyć napis, chociaż nie bez pewnych trudności. Teraz z lustra spoglądała na nią blada, zmęczona twarz z podkrążonymi oczyma. Już dawno nie wyglądała tak źle; zresztą czuła się równie fatalnie.

– Zachowujesz się jak wariatka – powiedziała do siebie z taką pewnością, jakby rzeczywiście wierzyła w to, że nie ma żadnych powodów do obaw. Jednak oczy ją zdradzały; doskonale wiedziała o tym, iż dzieje się coś bardzo niedobrego.

Przez otwarte drzwi wyjrzała na korytarz, gdzie leżała już przygotowana walizka. Cieszyła się, że wyjeżdża – nawet gdyby ktoś postanowił okraść jej mizerne mieszkanko podczas jej nieobecności, nie straciłaby zbyt wiele. Wszystko, co było dla niej wartościowe, a więc laptop oraz Pimpusia, zabierała ze sobą.

Zastanawiała się, czy jej prześladowca wiedział, dokąd się udaje. No i czy ruszy za nią, tak jak zapowiadała groźba. Nie miała pojęcia, co właściwie jej grozi – czy ten szaleniec chciał ją zabić, czy może wyobrażała sobie zbyt wiele.

Bo przecież musiał to być szaleniec; nikt o zdrowych zmysłach nie zachowywałby się w ten sposób. Zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że rzeczywiście była to ta sama osoba, która uprowadziła Malinowską, a z nielicznych informacji, które posiadała, żadna nie wskazywała na to, by jej sąsiadkę zamordowano. Porwano, to na pewno, bo nie było w Nadii tyle optymizmu, ile w funkcjonariuszach policji, by zakładać, że kobieta wyjechała na wakacje. Zresztą trwało to już zdecydowanie zbyt długo.

– A może wyobrażam sobie zbyt wiele? – zapytała swego odbicia w lustrze. – Może Malinowska naprawdę gdzieś wyjechała... i kiedy wrócę, ona roześmieje mi się w twarz, że w ogóle przypuszczałam, że ktoś mógł ją porwać?

Westchnęła cicho, po czym zamknęła oczy. Głowa bolała ją coraz bardziej, więc obmyła twarz chłodną wodą, co jednak niewiele pomogło. Nie mogła jednak pozwolić sobie na wzięcie kolejnej tabletki; nie zamierzała zatruć się przed świętami – zwłaszcza że te miała spędzić ze swoją rodziną, a za parę godzin przyjedzie po nią ojciec...

Nadia wróciła więc do łóżka i wśliznęła się pod kołdrę, starając się, by nie zepchnąć z niej śpiącego Pimpka. Kot zamruczał cicho przez sen, co sprawiło, że kobieta uśmiechnęła się lekko, nim zamknęła oczy i wreszcie odpłynęła w długo wyczekiwany sen.

Jednak nie był to ów spokojny sen, o jakim marzyła. Wydawał się być dziwnie realny, co więcej, kiedy uszczypnęła się w dłoń, próbując zmusić do otwarcia oczu, jedynie skrzywiła się z bólu – jednak doskonale wiedziała, że nadal leży w swoim łóżku.

Stała w długim, wąskim korytarzu, zupełnie pozbawionym okien, jakby znajdował się w piwnicy. Przez dłuższy moment zastanawiała się, co to za miejsce, bo chociaż nie zwykła wędrować po dziwacznych podziemiach, czuła, że jednak kiedyś tutaj była. Znała ten zapach stęchlizny i te wilgotne ściany...

Dopiero po pewnym czasie dotarło do niej, że znajduje się dokładnie w tym samym korytarzu, przez który niegdyś prowadził ją ów podobny do woskowej lalki mężczyzna. Nie miała pojęcia, dlaczego śni jej się akurat to miejsce, ale przeczuwała, że może to mieć jakieś znaczenie, mimo iż rozsądek podpowiadał jej, że sny nie mają żadnej siły sprawczej – a jednak z jakiegoś powodu jej umysł przywołał właśnie to miejsce.

Ten sen przywodził na myśl jakąś dziwną grę komputerową; Nadia nie była pewna, w którym kierunku powinna się udać – przed siebie, czy wręcz przeciwnie. Wiedziała, że jeżeli zawróci, znajdzie się w owym ciasnym pomieszczeniu, w którym podówczas się obudziła. Miała nadzieję, że teraz nie jest ono już wypełnione kwaśnym odorem ludzkiego moczu.

Wreszcie jednak zdecydowała się iść przed siebie; jej nogi wydawały się być zaskakująco ciężkie, jakby wykonane były z ołowiu, a nie kości i ciała. Korytarz zdawał się być dłuższy niźli ten, który zapamiętała, nie była jednak pewna, czy było to spowodowane jej wyobraźnią, czy też tamtego dnia była tak przerażona, że czas upływał szybciej...

– Nie spodziewałem się, że tu wrócisz – usłyszała cichy, aksamitny głos, i niemalże podskoczyła ze strachu.

– To mi się tylko śni – powiedziała z oburzeniem, nie ośmielając się spojrzeć przez ramię, wiedząc, kogo tam zobaczy.

– Nie przeczę – odparł spokojnie głos – a jednak... w rzeczywistości czy we własnym śnie... zdecydowałaś się tu wrócić. Czy robi to jakąkolwiek różnicę, czy wracasz do mnie ciałem, czy też umysłem?

Nadia poczuła, że się rumieni, chociaż było to zupełnie absurdalne – jak mogłaby się rumienić we śnie?

– Nie wróciłam do ciebie. Zamknęłam oczy i znalazłam się tutaj – odparła mocnym głosem, który jednak załamał się na końcu zdania. Odetchnęła głęboko, ale nadal nie znalazła dość odwagi, by spojrzeć na stojącego za nią mężczyznę.

Usłyszała chichot. Po chwili ciszę wypełnił dźwięk kroków i uświadomiła sobie, że nieznajomy nie stał już za nią, lecz patrzał jej w oczy swymi dziwnymi, pozbawionymi uczuć oczyma. Mimo to wyglądał jak zafascynowany wynikami badań naukowiec. Stał o wiele za blisko – Nadia więc zdecydowała się zrobić krok w tył, by zwiększyć dystans między nimi. To jednak okazało się zupełnie niemożliwe, jakby ciało w jej śnie nie należało do niej.

– Wchodząc tutaj – rzekł mężczyzna – powinnaś wiedzieć, że to moja rzeczywistość. Mogę kreować ją tak, jak zechcę. Zupełnie jak ty swoje książki. Z tym, że to, co dzieje się tutaj, dzieje się naprawdę.

Nadia spojrzała na mężczyznę, marszcząc brwi. Niewiele rozumiała z tego, co tu się działo. Było to przecież zbyt prawdziwe, by było snem, lecz zbyt nieprawdopodobne, by mogło być rzeczywistością.

– Przecież to tylko sen – odparła niepewnie.

– Owszem – zgodził się nieznajomy – lecz to, że to sen, nie oznacza, iż to, co tu się dzieje, nie jest prawdą.

– Jesteś nienormalny – syknęła Nadia.

– W to nie wątpię – roześmiał się mężczyzna, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała emocja: tym razem było to rozbawienie. – Z całą pewnością nie jestem normalny dla kogoś twojego pokroju. Chociaż z drugiej strony i ci podobni do mnie niekiedy różnią się ode mnie tak diametralnie, że mogliby nazwać mnie nienormalnym.

Nadia zamilkła. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Zamknęła oczy, mając nadzieję, że w ten sposób wyrwie się z tego zupełnie absurdalnego snu do rzeczywistości. A jednak kiedy uniosła powieki, w bladym świetle znowu ujrzała szarą twarz mężczyzny.

– Już ci przecież mówiłem, Nadio – odezwał się – że to ja kreuję tutaj rzeczywistość. Nie odejdziesz stąd, o ile ja tego nie zechcę. A na razie wcale nie mam na to ochoty.

– Musisz mnie wreszcie wypuścić – zbuntowała się kobieta. – To tylko sen i w pewnym momencie na pewno się obudzę, czy tego chcesz, czy nie. Nawet jeżeli będąc tu, jestem pod twoją władzą, sam przyznałeś, że to ode mnie zależy, kiedy się tu pojawię. A skoro tak, to pewnie i ja decyduję, kiedy zniknę.

Mężczyzna raz jeszcze się roześmiał; był to dziwny, chłodny chichot, przejmujący, niczym zimno, do szpiku kości. Było w nim coś, co Nadii zupełnie się nie podobało, a jednocześnie co fascynowało ją do tego stopnia, że sama sobą pogardzała. Jeszcze nigdy nic nie zaintrygowało jej tak, jak ów człowiek stojący przed nią.

Nie miało to żadnego sensu. Fakt, że o nim myślała, niczego nie dowodził. Każdy myślałby o własnym porywaczu, wspominając wydarzenia tak dziwne, jak te, które miały miejsce podczas ostatnich tygodni. A jednak dopiero teraz Nadia uświadomiła sobie, że owe myśli pełne były owej dziwnej fascynacji, której wolałaby się pozbyć...

– Nie bój się o mnie myśleć – usłyszała nagle w głowie, chociaż usta mężczyzny nie poruszyły się; był to jednak bez wątpienia jego głos. – Byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś tu nie wracała... ale skoro już tutaj jesteś...

Coś chłodnego dotknęło jej policzka, rozgrzanego rumieńcem. Drgnęła lekko i spostrzegła, że była to dłoń nieznajomego.

Wówczas jak gdyby coś w niej pękło, jakby przebudziła się z głębokiego snu. Chociaż nadal była w tym samym miejscu, wreszcie była w stanie poruszyć się zgodnie z własną wolą. Nie zastanawiając się wiele, cofnęła się o krok i zmarszczyła brwi. Widziała, jak dłoń mężczyzny zawisła w powietrzu, jakby jej właściciel nie zorientował się jeszcze, iż kobieta nie stała już w tym miejscu – mogło się wydawać, że zaskoczyła go jej reakcja.

Z początku w wyrazie jego twarzy nic się nie zmieniło; dopiero po chwili dziwny jakiś cień przemknął przez jego oblicze.

– Wydawało mi się, że już zdążyłem ci wytłumaczyć, że nie chcesz mieć we mnie wroga – odezwał się znowu, a jego głos na powrót stał się zimny jak lód. – Że zadzieranie ze mną może się dla ciebie skończyć tragicznie.

– Uważasz, że tylko dlatego będę pozwalała ci bawić się mną jak lalką? – zapytała Nadia, a jej głos drżał – sama nie była pewna, czy to ze strachu, czy ze złości. – To tylko mój sen. Tak, przerażasz mnie, ale ja nie mam zamiaru zachowywać się niczym tchórz. Zaraz się obudzę, a kiedy to zrobię, już więcej nie będę o tobie myślała.

– Sądzisz, że to możliwe? – zapytał mężczyzna, przechylając głowę na bok. Był przy tym dziwnie podobny do dziecka, które zaskoczone jest reakcją dorosłego na coś, co wydaje mu się zupełnie oczywiste. – Gdybyś miała o mnie zapomnieć, pewnie już by się to stało. Miałaś przecież nie pamiętać. Upewniłem się, byś zapomniała... a jednak tutaj jesteś, co oznacza, że ta świadomość wciąż tkwiła w twojej głowie. Zabrałem cię tu wtedy tylko po to, by zakorzenić w twoim umyśle wiadomość, byś więcej nie badała sprawy tego zniknięcia. Miałaś o wszystkim zapomnieć. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że nadal pamiętasz, lecz nie mam zamiaru tego ignorować, moja droga. Skoro wówczas nie zapomniałaś, zapewne nigdy nie zapomnisz.

– Dlaczego zależało ci na tym, bym zapomniała? – spytała podejrzliwie Nadia.

Mężczyzna zignorował jej pytanie. Jakikolwiek cień uśmiechu znikł z jego twarzy; teraz wpatrywał się w nią z osobliwym niepokojem.

– Niebezpiecznie będzie teraz puszczać cię samą, moja droga. Nie powinienem pozwolić ci wówczas odejść. Nie mogę więc na to pozwolić teraz.

– Już ci powiedziałam – syknęła Nadia – że nie ty mną sterujesz. Sama zdecyduję, kiedy stąd odejdę. To jest mój sen.

Z początku wystraszyła się, że rozjuszyła tajemniczego jegomościa, lecz wkrótce na jego twarzy, ku jej zaskoczeniu, pojawiło się coś na kształt uśmiechu.

– Pozwól zatem, że dam ci coś, z czym będziesz mogła odejść do swojego świata – wyszeptał, robiąc krok w jej kierunku i chociaż Nadia bardzo chciała się odsunąć, raz jeszcze zorientowała się, że nie jest w stanie się poruszyć.

Nieznajomy był stanowczo zbyt blisko, ona sama zaś nie była pewna, czy chce od niego cokolwiek przyjmować.

– Zostaw mnie – wyszeptała jedynie, nim jedyne światło w korytarzu zamrugało i zgasło, pogrążając ich w zupełnym mroku.

Nim kobieta się zorientowała, poczuła dotyk obu chłodnych dłoni mężczyzny na swoich ramionach, a następnie przeszywający ból. Zamknęła oczy, nie mogąc pohamować wrzasku, który wydarł się z jej gardła, lecz gdy ponownie uniosła powieki, znajdowała się na swoim łóżku, wpatrując się w sufit, na którym tańczyły promienie zimowego słońca.