To nie jest baśń. Nie zaczęła się dawno, dawno temu, ani przed wiekiem, ani nawet wczoraj. Nie toczyła się za siedmioma górami i siedmioma lasami, ani za jedną górą i jednym lasem, ani nawet za tym parkiem, który mijasz każdego ranka.
To nie jest baśń. Nie ma w niej smoków, ani czarodziejów, nie ma książąt ani księżniczek, nie ma nawet tego maleńkiego dobrego duszka, który zawsze śpi gdzieś w pobliżu.
To nie jest baśń. I dlatego zaczyna się właśnie tak...

Wieczór. Nie - malowniczy zachód słońca, który złoto-rubinowych barw przydaje światu.
Wieczór. Nie - spokojny, cichy zmrok, który pierwsze nieśmiałe gwiazdy na niebie zapala.
Ale - wieczór. To, co pomiędzy. Ta pełna niepokoju szarówka, co wzrok tumani, barwy światu odbiera i na pobłądzenie wodzi.

W takim właśnie wieczorze - On, człowiek. Przez świat w bezruchu zamarły wędruje. Kaptur na oczy naciągnął, kosturem się sękatym podpiera i - idzie, czekając przebudzenia stworzeń nocy, które czasem bliższe mu się zdają niż ci, których za sobą zostawił.

Więc - idzie. Stawia nogę za nogą, każdy krok jednako ważąc, każdy jednako odmierzając, z każdym jednako bliżej celu się znajdując.

Dokąd idzie? Sam nie wie, ale jakiś przymus, z domu go wygnawszy, ustać w drodze nie pozwala. Dom - skąd wyszedł? Kiedyś pamiętał, kiedyś wiedział. Dziś, gdy mil więcej zszedł, niżby zliczyć zdołał, rodzinne strony snem mu się wydają. Snem, co spokój nocom odbiera i za świtem tęsknić każe.

A więc - idzie. Na skraju lasu przystaje. Droga, którą podążał, tu go doprowadziła. Gdzie teraz? Czy wejść w jego gąszcz powinien? Poddać się ciemności głębszej niż ta, która teraz członki jego półmrokiem otula?
Rozsądek mówi mu, że powinien się zatrzymać, obozowisko założyć, ogień rozpalić i przeczekać przynajmniej aż luna mroki najgłębsze rozproszy. Doświadczenie słowom rozsądku przytakuje i jednako doradza. Serce jednak - serce odetchnąć nie pozwala, na przód pcha, bez litości dla obolałych członków, dla zmęczenia, co ku ziemi przygniata.
A przecież w tym szepcie, co pcha w ciemność najgłębszą, w szepcie, co do drogi dalszej przymusza - w tym szepcie jakaś nadzieja cicha pobrzmiewa. Obietnica, że cel już bliski, że noc ta ostatnią już być może.

Bo oto i noc nastać zdążyła. W mroku gęstniejącym, do targającej sercem tęsknoty i inny jeszcze niepokój dołącza. Oto uświadamia sobie bowiem, że półmrok - nawet jeśli na pobłądzenie wodził i drogi nieistniejące wskazywał - półmrok ten jednak zawrócić z nich pozwalał. W ciemności zaś, która świat cały z nadejściem nocy okryła, droga jest jedna tylko. Każdy zaś krok z niej zbaczający może się okazać krokiem ostatnim. Krokiem w mrok absolutny, z którego już nie ma powrotu.

W tej właśnie chwili - chwili zwątpienia, gdy serce drży w nim z obawy przed zgubnym krokiem. W tej właśnie chwili przemożna tęsknota za tym, co u celu tej drogi czeka - wszelkie obawy przeważa, niepokoje wszelakie zagłusza. A serce, tęsknotą tą pociągnięte, niepomne na rozsądek i doświadczenie, do ryzyka go popycha i zaufać w cel wędrówki nakazuje.
Zawierza więc i krok między drzewa stawia. Krok pierwszy - ten najtrudniejszy, najważniejszy. Krok, od którego każda droga swój początek bierze.

Człowiek. W drogę tę samotnie wyruszył i samotnie do jej kresu dotrze. Dni i mil wiele zszedłszy, smutków doświadczył rozlicznych, ale i radości mnogich mu nie wzbroniono. Nieuciszona tęsknota, serce niepokojem rwąca, przez półmroki i szarówki go przeprowadziła. Gdy zaś noc nastała i decyzję podjąć mu przyszło, postanowił zaufać. Zawierzyć tej towarzyszącej mu od zawsze tęsknocie.

Życie to jednak nie baśń.

I dlatego, nim nie dotrze do kresu, nie usłyszy słów, wypowiedzianych z wielką Miłością:

"I będziesz żył długo i szczęśliwie."

nie-Koniec