Mówiono, że dom jest nawiedzony. Że żyją w nim duchy i czarne anioły, upadłe bóstwa z połamanymi skrzydłami. Mówiono, że niektóre jego pomieszczenia są przeklęte i dlatego nikt od wieków ich nie używa, a goście, nawet ci nocujący w jasno oświetlonych pokojach gościnnych, często uciekają w środku nocy, zaklinając się na wszystkie świętości, że już nigdy, przenigdy nie powrócą do tej posiadłości.

Jednak były to tylko opowiastki, które szeptali sobie wieśniacy w położonej opodal wiosce, gdyż prawda była taka, iż od dawien dawna nikt nie widział tu ducha, a przynajmniej nie będąc całkiem trzeźwym. Goście, którzy przybywali tu ze wszystkich stron Europy, zazwyczaj chwalili sobie wygodę komnat oraz serdeczność gospodarzy.

Mirtowy Dwór, bo tak nazywała się ta posiadłość, już dawno nie był obsiany mirtem, chociaż pogłoski mówiły, że w dawnych czasach tak było. Obecnie wysoki, kamienny mur, który otaczał rezydencję, pokrywał gęsty bluszcz, pnący się również po kutej bramie, nadając miejscu dość upiorny wygląd, skąd zapewne wzięły się historie o duchach i demonach. Nie zmieniało to jednak faktu, iż dom, choć ponury z zewnątrz, należał do jednych z najwygodniejszych w całej Polsce, co świadczyło o dobrobycie osób w nim mieszkających.

Rodzina Rosenthalów pochodziła podobno z sąsiednich Niemiec, lecz osiedliła się na tych ziemiach tak dawno, że nikt już nie pamiętał, jak to było naprawdę. Na pewno jednak to nie oni postawili Mirtowy Dwór – gdy się wprowadzali, dom już tam stał, pusty od przynajmniej kilkudziesięciu lat, powoli zamieniający się w ruderę. Jednak Rosenthalowie przywrócili mu jego dawny blask, pozostawiając pewne detale, które nadawały mu specyficznego charakteru – między innymi ciężką, kutą bramę oraz wijący się bluszcz.

Niektórzy twierdzili, że dom postawiono zaraz po Wielkiej Wojnie, gdyż wydawał się on tkwić tam od dawna; inni zaś się sprzeczali, twierdząc, że nikogo po Wielkiej Wojnie nie byłoby stać na zbudowanie czegoś tak ogromnego. Fakt faktem, domostwo było tak stare, że nikt nie znał prawdziwej historii jego powstania, a to dawało wielkie pole do popisu domorosłym bajkopisarzom, którzy wręcz prześcigali się w tworzeniu coraz to bardziej fantastycznych i nieprawdopodobnych opowieści na jego temat.

Obecnie w Mirtowym Dworze rezydowało kolejne pokolenie Rosenthalów. Stara ciotka Eleonora zajmowała niewielki pokoik na samym szczycie północnej wieży, pomimo protestów ze strony całej reszty domowników, którzy twierdzili, iż takie miejsce nie jest dobre dla osoby tak wiekowej. Eleonora jednak miała się świetnie, a chociaż droga do salonu bądź jadalni zajmowała jej nieco dłużej niż pozostałym, nadal uważała, że jest to jedyne ćwiczenie, które jej jeszcze pozostało, wobec czego nie należy jej pozbawiać tej przyjemności.

Pan domu, Stanisław Jerzy Rosenthal, był siostrzeńcem Eleonory, która zresztą była dla niego jak matka. Siostra Eleonory, Mira, zmarła w bardzo młodym wieku, osierociwszy trójkę dzieci. Najstarsze z nich, Stanisław, odziedziczył ten dom po ojcu i teraz żył w nim razem ze swoją żoną Beatrycze, z którą miał czworo dzieci.

Najstarszy z nich, Ignacy, ożenił się z jedną z kuzynek księcia raciborskiego Radomira, a następnie przeniósł do pięknej posiadłości, położonej nieopodal Krakowa. Młodsza od Ignacego o dwa lata Elżbieta Antonina również wyszła dobrze za mąż, zaś jej zamążpójście wiązało się z przeprowadzką do Warszawy. Jan Walenty, młodszy brat Ignacego oraz Elżbiety Antoniny, z początku chciał wstąpić do klasztoru, co spotkało się z gwałtownym protestem jego matki oraz rozbawieniem ciotki Eleonory. W rezultacie młodzieniec wyjechał do Francji, by studiować filozofię oraz historię i wszystko wskazywało na to, że wkrótce on sam przejmie od swych profesorów pałeczkę, by nauczać kolejne pokolenia.

Wraz z rodzicami mieszkała już tylko najmłodsza ich latorośl, Emmanuela Marcjanna Rosenthal, znana wszystkim jako Emma. Emma na wiosnę tego roku kończyła osiemnaście lat i oficjalnie wchodziła w wiek dorosły, mimo iż w towarzystwie przedstawiona została już rok wcześniej, gdy Elżbieta Antonina wyszła za mąż.

Nikt z jej rodziny nigdy nie dowiedział się o tym, iż jedną z winowajczyń odpowiedzialnych za rozprzestrzenianie się plotek o przeklętym domu była właśnie Emma. Obdarzona bujną wyobraźnią dziewczyna znajdowała zabawę w tworzeniu takich właśnie historii, co wyjątkowo nie podobało się jej matce.

– Musisz wydorośleć, Emmanuelo – upomniała ją pewnego dnia Beatrycze, pogrzebaczem wpychając stosik kartek głębiej w płomienie, nie zważając na to, że twarz Emmy pokryta była łzami. – Skup się na nauce zamiast marnować czas na te niedorzeczności.

– Niemal skończyłam już tę opowieść, matko – załkała dziewczyna, wierzchem dłoni usiłując otrzeć łzy. – A teraz...

– Nie pleć bzdur – żachnęła się Beatrycze. – Z takich opowiastek nigdy nie wychodzi nic dobrego. Mówiłam, żebyś zaczęła czytać traktaty filozoficzne, które zaproponował ci Jan, a nie powieści. Nic dziwnego, że mówi się, że na kartach powieści diabeł siedzi! Teraz już w pełni rozumiem, co to znaczy!

Tym razem Emmanuela nie odważyła się nic odpowiedzieć. Kilkukrotnie udało jej się sprzeciwić matce, jednak nigdy nie kończyło się to dobrze. O wiele lepiej rozumiała się z ojcem, ale jej ojciec był wiecznie zajęty, co więcej, rzadko kiedy ingerował w metody swojej żony dotyczące wychowywania dzieci.

– Twoja matka ma rację – mówił za każdym razem, gdy przyszła się do niego poskarżyć. – Jesteś już młodą kobietą. Ona sama wyszła za mąż, będąc niewiele starsza od ciebie, rok później urodził się Ignacy. Ciebie czeka ten sam los, moje drogie dziecko, więc zamiast bujać w chmurach zejdź na ziemię i spróbuj chociaż czasami posłuchać rad swojej matki. Wiesz przecież, że ona chce jedynie twojego dobra.

– Wiem, papo. Mimo wszystko chciałabym...

– Życie nie jest łaskawe dla osób takich jak ty – wyszeptał jej ojciec, wzdychając ciężko. – Takie osoby kończą tragicznie, zazwyczaj zamknięte w zakładzie dla obłąkanych, a tego naprawdę nie chciałbym dla swojej ukochanej córki.

Bo chociaż za każdym razem dawał jej tę samą radę, by słuchała swojej matki, Stanisław zawsze uważał Emmę za najinteligentniejsze ze swoich dzieci. Ignacy miał tyle rozsądku, by przenieść się do innego miasta, zaś Elżbieta Antonina posłusznie słuchała porad Beatrycze, co doprowadziło ją przed ołtarz z najprawdopodobniej najbogatszym dżentelmenem w całej Polsce (mądrze było jednak pominąć fakt, iż Oktawian Różycki był prawie dwa razy starszy od swojej wybranki, okropnie brzydki, a także miał trójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa). Z kolei Jan Walenty był chyba najbardziej kontrowersyjną postacią w całej rodzinie: podczas gdy matka, ta sama kobieta, która wcześniej krytykowała jego wybór, teraz wynosiła go pod niebiosa, jego ojciec uważał, iż jego młodszy syn obrał najlepszą z dróg, schodząc mu z oczu. Zaś ciotka Eleonora nadal zanosiła się śmiechem na każde wspomnienie o nim.

Przyszłość Emmy jednak nie była jeszcze tak jasna; chociaż jej matka z dziwną zawziętością zaczęła poszukiwanie najlepszego kandydata na jej męża, Emma z wielką radością unikała wszelkich zobowiązań towarzyskich, dzięki czemu udało jej się nie pojawić już na dwóch proszonych obiadach, trzech balach i umiejętnie spławić wyjątkowo nieurodziwego dziedzica wielkiej fortuny. Za to ostatnie otrzymała wielką burę od matki.

– Ale matko – tłumaczyła się, dusząc w sobie śmiech – nie mogłabym wyjść za kogoś takiego. Czyż matka nie widziała? Jest rudy, ma jedną nogę krótszą, a jego intelekt nie przewyższa inteligencji królika ciotki Eleonory.

Z niewiadomych przyczyn Beatrycze uznała słowa córki niemalże za osobisty afront i zamknęła Emmę w jej komnacie na trzy dni, mając nadzieję, że to pozwoli jej zmądrzeć. Zawiodła się jednak, widząc ją w doskonałym nastroju czwartego dnia na śniadaniu.

W ten właśnie sposób Emmanuela Rosenthal została uznana przez swoją własną matkę za czarną owcę rodziny. Najwyraźniej nie było już dla niej żadnej przyszłości.