Przez moment panowała zupełna cisza, co było niezwykłe, biorąc pod uwagę, iż zazwyczaj o tej porze ptaki ćwierkały, a wiatr, delikatnie poruszając źdźbłami trawy oraz liśćmi na drzewach, szumiał wesoło. Teraz jednak zapadło milczenie tak gęste, że niemal namacalne. Emma wstrzymała oddech.

– Co ma ciocia na myśli...? – spytała po chwili.

Eleonora nadal milczała. Z koniuszkiem języka wytkniętym nieco w skupieniu, ponad okularami spoglądała na swoją robótkę. Emma znała tę technikę: jej ciotka niekiedy udawała, że jest zajęta czymś zgoła innym, podczas gdy w rzeczywistości bardzo pragnęła podsycić ciekawość w swoim rozmówcy. Zaś młoda Rosenthalówna, jako że była chyba jej najczęstszą towarzyszką, nieraz doświadczyła już tego, jak kobieta stosowała na niej taką oto metodę działania. Tym razem nie dała jednak ciotce tej przyjemności i nie ponagliła jej do odpowiedzi.

Zadrżała. Powiew wiatru, który przyszedł jakby znikąd, okazał się zaskakująco chłodny; Emma, mimo że nigdy nie miała z tym problemu, poczuła, że przejmuje ją aż do szpiku kości, więc objęła się ramionami.

– Będę musiała ci wydziergać narzutkę, moja droga – zdecydowała spokojnie Eleonora, uśmiechając się w sposób, który zupełnie do niej nie pasował. – Nie mogę pozwolić, byś po raz kolejny się rozchorowała.

– Rozchorowała? – powtórzyła ze zdumieniem Emma. – Już dawno nie byłam chora.

– A przez te ostatnie tygodnie to co, odsypiałaś? – spytała ze sarkazmem Eleonora. – Ktoś mi mówił, że byłaś chora.

– Absolutnie nie! – oburzyła się Emma, kręcąc głową. – Sama doskonale o tym wiesz! To nie była choroba! Nigdy nie byłam delikatna. Nie zaziębiłam się ani nic z tych rzeczy. Po prostu... sama nie wiem... myślałam, że ty mi wyjaśnisz!

– Już ci mówiłam, kochaniutka, że oczekujesz ode mnie zbyt wiele! Jestem tylko starą kobieciną, a nie medykiem, a skoro żaden medyk nie był w stanie znaleźć na to żadnego remedium, ba, nie potrafił nawet określić, cóż to za gorączka...

Jednak tym razem Emma nie dała się przekonać. Spojrzała na ciotkę z takim uporem, że nawet Eleonorę to zdumiało. Westchnęła więc i odłożyła robótkę do koszyka, po czym z cichym stęknięciem schyliła się, by spod ławki wydobyć Abelarda. Królik nie wyrywał się, ale też nie wydawał się zachwycony tym iż jego pani nagle w tak gwałtowny sposób zażądała jego towarzystwa.

Wówczas Emma o czymś sobie przypomniała. Chociaż z początku nie potrafiła ubrać swych myśli w słowa, natychmiast wycelowała oskarżycielsko palec w królika, który delikatnie trącił ją noskiem, jakby chciał powiedzieć, iż jest niewinny.

– To on! To wszystko przez niego! – zawołała dziewczyna. – Pamiętam dobrze! Wtedy, przed lekcją fortepianu, z której pan Schulz wybiegł z obrzydzeniem, ten potwór mnie ugryzł!

Teraz to Eleonora spojrzała na Emmę z oburzeniem.

– No wiesz ty co! Potwór! Na Boga, dziewczyno, to tylko królik! Jak mogłabyś to niewinne stworzenie nazwać potworem!

Ale Emma wiedziała swoje. Pamiętała, jak bardzo bolało ją to ugryzienie, chociaż przecież powinno było się zrosnąć łatwo. Musiała je obandażować, by nie krwawiło nieustannie – i mogłaby przysiąc, iż to właśnie ono spowodowało ów atak gorączki na przyjęciu u Blachniewskich. Nie, nie było to przeziębienie czy influenza – Emma była dobrego zdrowia i podobne dolegliwości rzadko kiedy ją dopadały. Nie mogło zatem być mowy, by rozchorowała się od spaceru bez płaszcza, jak to sugerowała Beatrycze.

Dziwiło ją jednak to, iż stało się dokładnie tego samego dnia, którego jej ciotka opowiedziała jej o ciążącej na ich rodzinie klątwie. Wszystko to razem zbierało się w układankę, w której trudno było mówić o przypadkach czy zbiegach okoliczności. Ani Beatrycze, ani Stanisław nie mogli o tym wiedzieć, jednak Eleonora... Cóż, być może to właśnie dlatego Emma odnosiła wrażenie, iż to właśnie ciotka powinna mieć klucz do rozwikłania tej zagadki.

Mimo wszystko ta zapierała się, iż nic nie wie. Emma czuła, że ciotka kłamie – i nie byłby to pierwszy raz; wszak Eleonora znana była właśnie z tego, że rzadko kiedy mówiła prawdę; a nawet gdy to robiła, zawsze nieco ją podkolorowała, ot, dla lepszego efektu. Czy zatem nie był to jeden z owych przypadków?

– W takim razie jak to wyjaśnisz?

Emma wyciągnęła ku ciotce rękę, wskazując na palec, na którym wciąż jeszcze widniała ranka: nie krwawiła już, a jednak nie wyglądała jak miesięczne skaleczenie. Wszak po takim czasie powinno się ono już zrosnąć: tymczasem pozostawało dziwnie opuchnięte i podrażnione.

– Musiałaś się ukłuć igłą, moja droga, kiedy haftowałaś – stwierdziła z uporem ciotka, wzruszając ramionami, podczas gdy jej dłonie nadal gładziły puszystą sierść Abelarda. – Albo kiedy sięgałaś do mojego koszyka po włóczkę.

Nie było o tym mowy. Emma zerwała się na nogi i zaczęła wędrować po tarasiku, pocierając palcem dolną wargę; nadal miała wrażenie, że coś się na niej znajduje; jakby pozostał nań fragment jadła czy też przyczepił się doń włos. A jednak mimo jej usilnych prób, nie potrafiła się pozbyć owego dziwnego uczucia.

Co gorsza, wydawać się mogło, iż Eleonora nieustannie ją obserwuje. Emma nie była pewna, czy jest to spowodowane jej ciągłym wędrowaniem, czy też spostrzegła, iż panienka co i rusz przykłada dłoń do ust.

– Dziwaczejesz – uznała w pewnym momencie ciotka, co zdumiało Emmę do tego stopnia, iż zatrzymała się wpół kroku i spojrzała na Eleonorę. – Być może naopowiadałam ci nazbyt wiele historii.

– Ależ ciociu! – oburzyła się Emma. – Akurat ty musisz wiedzieć, że to nieprawda. Wiem, że ty coś wiesz. Wiem, że to wszystko... to ugryzienie... klątwa... ta dziwna choroba... niemożliwe, by wszystko to było zbiegiem okoliczności. Ciociu, błagam ciocię... Tak wiele dziwnych rzeczy w jednym czasie: nie uwierzę, że każda z nich była przypadkowa. One... one muszą się jakoś łączyć. I odnoszę wrażenie, że dostrzegam jakieś połączenie, lecz... ilekroć o tym pomyślę, wszystko to zdaje się rozwiewać niczym dym na wietrze.

Eleonora zachichotała. Usłyszawszy to, Emma westchnęła, po czym powróciła na swoje miejsce u jej boku, a usiadłszy, zaczęła nerwowo miąć materiał swojej sukienki. Dobrze wiedziała, że gdyby matka ją zobaczyła w takim stanie, na pewno by ją zbeształa. A jednak Beatrycze tu nie było – zresztą Emma ostatnimi czasy w ogóle nie dbała o swój strój, zatem miała na sobie zaledwie jedną z szarych sukienczyn, które uprzednio zakładała jedynie do pracy w ogrodzie.

Może jednak ciocia miała rację... może dziwaczała. Już od dawna nie wychodziła z domu – przespała miesiąc. Teraz zaś, przez ostatni tydzień, odkąd się obudziła, nie widywała się z nauczycielami, gdyż jej rodzice drżeli o jej zdrowie. Nikt też nie starał się jej przekonać do wizyt u Dorożkiewiczów czy Blachniewskich. Wiedziała, że raz czy dwa przyszedł któryś z Chatenville'ów, by pytać o jej zdrowie, lecz nigdy nie został do niej dopuszczony – zresztą trudno byłoby mówić o tym, iż ją to zmartwiło.

Oznaczało to zatem, że od ponad miesiąca nie miała kontaktu z nikim, kto nie byłby członkiem jej własnej rodziny. Owszem, otrzymała list od Teresy, na który odpisała niemalże natychmiast, opisując ze szczegółami, dlaczego od tak dawna nie odpowiadała, lecz był to zaledwie jeden list. Trochę martwił ją fakt, iż Katarzyna ani razu nie przyszła jej odwiedzić, lecz nigdy nie odważyła się nikogo o to zapytać.

Westchnęła cicho. Poczuła, jak opuszcza ją cała ta energia, która przez ostatni tydzień niemalże ją roznosiła – była niczym bukłak, z którego nagle ktoś wylał całe wino. Dłonie opadły jej na podołek, gdy wbiła spojrzenie w stojącą naprzeciw, obsypaną kwieciem jabłonkę. Była przepiękna... Emma zawsze kochała kwiaty, zaś kwiaty jabłoni zawsze kojarzyły jej się z czymś dobrym, słodkim. Jakby było to jakieś zamglone wspomnienie z dzieciństwa, które przypominało jej o domu i o szczęściu.

– Chciałabym ci powiedzieć coś więcej, kochaneczko – odezwała się w pewnym momencie Eleonora – ale cóż miałabym ci powiedzieć?

Emma drgnęła, po czym odwróciła w jej kierunku głowę, jakby nie dowierzając temu, co właśnie usłyszała.

– Prawdę, ciociu. Prawdę.

Odrobina nadziei powróciła do jej serca. Może zatem nie wszystko było stracone? Bo dlaczego niby Eleonora miałaby w ogóle się odzywać, gdyby nie miała dla niej odpowiedzi? Zapewne bardzo chciałaby zmienić temat – zaczęłaby mówić, jak wcześniej, o pogodzie. A może o Abelardzie. A może o czymkolwiek innym...

– Prawda nie zawsze jest tym, co chce się usłyszeć, moja droga – zauważyła dość poważnie Eleonora, co zupełnie do niej nie pasowało. – Zresztą skąd mam wiedzieć, czy w ogóle mi uwierzysz? Nie każda odpowiedź wydaje się prawdopodobna, nawet jeśli jest prawdziwa.

Po raz kolejny zapadła cisza. Emma wbijała swoje pełne zdumienie oczy w pokrytą siateczką zmarszczek twarz ciotki. Jeśli to nie było przyznaniem, iż zna ona odpowiedzi na dręczące Rosenthalównę pytania – to czym innym? A może Emma zwyczajnie tak bardzo pragnęła się czegoś dowiedzieć, iż doszukiwała się drugiego dna nawet w tym, w czym nie ukryto niczego tajemnego?

– Jeśli tylko ciocia da mi słowo, że to prawda, to uwierzę – odparła wreszcie.

– Mówisz tak teraz, bo łatwo jest wierzyć w to, czego się nie usłyszało – stwierdziła z dziwnym smutkiem w głosie Eleonora. Emma chyba jeszcze nigdy nie widziała jej w takim stanie. – Boję się, że zupełnie zdziwaczejesz.

Emma parsknęła śmiechem: zupełnie! Jej matka przekonana była wszak, iż nie było dla niej ratunku – była przecież tak dziwaczna, że nie dało jej się z tego wyleczyć nawet natłokiem zajęć czy zmuszaniem do udziału we wszelkiego rodzaju wydarzeniach towarzyskich. Nie przemawiali do niej ani młodzieńcy, ani piękne stroje, ani nawet możliwość wytańczenia się na balach. Nic, co mogłoby skusić jakąkolwiek młodą damę.

A może były to jedynie poglądy Beatrycze – może Emma mogła zdziwaczeć bardziej jeszcze. Lekki uśmiech zaigrał na jej ustach: aż zastanawiało ją, jak daleko może się posunąć w swoim szaleństwie. I jak na to zareaguje już i tak przerażona matka.

– Myślałam, że mnie ciocia zna – odrzekła z wolna Emma, wreszcie dając spokój swojej już i tak zmaltretowanej sukienczynie, w której wyglądała bardziej jak służąca niźli dziedziczka ogromnej fortuny Rosenthalów. – Nie zdziwaczeję od usłyszenia prawdy. Usłyszałam już od cioci tyle opowieści! A może matka powiedziała ci o swoich obawach?

– Och, oczywiście, że o nich opowiada, nigdy nie daje temu spokoju – odparła ze swoistą energią Eleonora, natychmiast spoglądając w oczy Emmy. – Nie, to nie ze względu na nią się niepokoję. Boję się ze względu na ciebie.

– Przeżyłam do tej pory, ciociu. Przeżyłam twoje historie, przeżyłam nauki mojej matki. Przeżyłam nawet największe tragedie rodzinne, w tym haniebne zachowanie Jana Walentego... – Tu musiała przerwać, bo ciotka natychmiast wybuchła niekontrolowanym śmiechem. Gdy po jakimś czasie się uspokoiła, otarła wierzchem dłoni łzy z mętnych oczu, wpierw zdejmując z nosa druciane okulary. – Sama ciocia widzi. Nie jestem aż tak podatna.

– Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie, kochanie. Jesteś bardzo podatna.

Emma obdarzyła ją dość kwaśnym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Bo cóż niby miała powiedzieć? Zdawała sobie sprawę z tego, iż ciotka ma rację. Bardzo była podatna na wszelkie sugestie – tak długo, jak były one zupełnie niedorzeczne. Stąd też jej całkowita odporność na wszystkie rozsądne nauki matki.

– Ale to wcale nie znaczy, iż jestem tak wrażliwa, by nie móc przeżyć tej prawdy, którą mi wyjawisz, ciociu. Skoro przeżyłam nawet wieści o tym, że Elżbieta wychodzi za mąż... pamiętasz tamten moment? Przez cały czas przekonana byłam, iż moja siostrzyczka ma jednak w sobie więcej rozsądku.

– Och, ależ Elżbieta jest bardzo rozsądna. Właśnie dlatego nigdy jej nie lubiłam – odparła z lekkością w głosie Eleonora, co rozbawiło Emmę.

– Ciociu!

Mimo swego rozbawienia, Emma odnosiła wrażenie, że Eleonora nadal robi, co tylko może, by zmienić temat. Jakby toczyła się wewnątrz jej jakaś dziwaczna walka pomiędzy jej dwiema częściami: jedna z nich pragnęła zdradzić Emmie całą prawdę; druga zaś bardzo nie chciała tego uczynić i zwlekała tak bardzo, jak mogła, byleby tylko dziewczę zapomniało, o czym właśnie z ciotką rozmawiało.

A jednak otrzymała najważniejszą odpowiedź: teraz była przecież zupełnie pewna tego, iż Eleonora zna prawdę. To, czy ją zdradzi, czy też nie, zależało już tylko od jej dobrej woli. Mimo wszystko Emma wiedziała, że wystarczy nieco cierpliwości i koniec końców uda jej się wyciągnąć z ciotki to, czego pragnęła. Potrafiła wszak przekonać Eleonorę do opowiedzenia jej wszystkich historii – czymże ta miała się różnić od pozostałych?

Jednak tego dnia Emmie nie udało się osiągnąć swego celu – chociaż była bardzo blisko, w końcu Eleonora zdecydowała się obrać inną taktykę i zmieniła temat.

Pod koniec tygodnia do uszu Emmy doszło parę nieprzyjemnych wieści. Jedną z nich była wiadomość o tym, że podczas gdy leżała nieprzytomna, Katarzyna, o którą wreszcie odważyła się zapytać ojca, wyszła za mąż i wyjechała na północ kraju.

– Nie miej takiej nieszczęśliwej miny, córeczko – odezwał się do niej łagodnie ojciec. – Bardzo dobrze, że to zrobiła. Lepiej, by wyszła za mąż i ustatkowała, niźli bez końca zwodziła tego biednego młodzieńca.

– Brzmisz jak matka – stwierdziła cicho Emma. – Zapewne powie mi to samo, gdy dowie się, iż o tym usłyszałam. Biedna Katarzyna! Pewna jestem, iż jej nowy małżonek wcale nie jest jej wielką miłością. Przecież widziałam, jak na niego patrzyła... wcale go nie lubiła. A teraz będzie musiała z nim wytrzymać całe życie!

Ojciec upomniał ją – wszak tak wyglądało życie większości kobiet. Katarzyna miała szczęście, bo zainteresował się nią młodzieniec światły i bardzo bogaty. Niejedna kobieta mogłaby sobie życzyć podobnej partii.

– Powie mi jeszcze ojciec, że ja również powinnam sobie tego życzyć – odparła ponuro Emma.

– Nie powiem, że nie powinnaś – wyznał Stanisław. – Mimo wszystko zdaję sobie sprawę z tego, iż Katarzyna znacznie jest od ciebie starsza. W wieku dwudziestu czterech lat powinna być już mężatką. Dokonała bardzo rozsądnego wyboru – zwłaszcza że nigdy nie uchodziła za piękność. Nie możesz zatem uznawać, że lepiej by było, gdyby czekała w nieskończoność na swojego księcia z bajki. W większości przypadków nic takiego się nie dzieje. Nie; kobiety się starzeją, ich rodzice umierają, one zaś kończą jako bardzo nieszczęśliwe stare panny, na bruku, bez dachu nad głową, bez przyjaciół.

Emma milczała; bardzo chciała się odgryźć, lecz brakowało jej po temu odwagi. Rzadko kiedy słyszała podobne słowa z ust ojca. Wiedziała, że Stanisław należy do osób bardzo rozsądnych, zatem trudno byłoby się dziwić, że pochwalał wybór Katarzyny – który był tak zdroworozsądkowy, że aż przerażający w swojej racjonalności. Młodziutkiej pannie Rosenthal zatem wydawało się, iż jedynie ona ubolewa nad losem swojej przyjaciółki. Nadal przekonana była bowiem, iż Katarzynę Połaniecką stać było na o wiele więcej niźli na niezbyt przystojnego, przygrubego baroneta spod Gdańska, który do powiedzenia nie miał nic poza opiniami o jadle i opowieściami z polowań, w których brał udział.

Zatem pozostała sama. Teresa wyjechała z matką do Francji; Katarzyna została mężatką i zapewne nie będzie nawet miała czasu na to, by do niej pisać. Biedny Ksawery nadal większość swego czasu spędzał na studiach.

– Chyba pozostaje mi rozmowa z Abelardem – mruknęła do siebie po wyjściu z gabinetu ojca.

Jej przygnębienie nie ustępowało przez następny tydzień i zaczęło martwić oboje jej rodziców. Fakt zaś, iż po raz kolejny przyszedł któryś z Chatenville'ów, sprawiał, iż sytuacja stawała się wręcz nie do zniesienia.

Wreszcie w niedzielne popołudnie podeszła do niej matka z dziwnym wyrazem twarzy; Emmanuela stwierdziła, iż pewnie wydaje jej się on pobłażliwy – zatem głównym celem rozmowy miało być nie co innego, lecz planowane zamążpójście najmłodszej latorośli Rosenthalów. Dziewczyna nie mogła być przygotowana na tę konwersację, chociaż przecież miała ona miejsce raz na jakiś czas, zatem powinna była się jej spodziewać.

A jednak gdy matka przemówiła, zupełnie zdumiała Emmę.

– Na Wielkanoc przyjeżdża do nas Elżbieta Antonina – wyjawiła córce Beatrycze, delikatnie ujmując jej dłoń. Zapewne myśl o ponownym spotkaniu z ukochanym dzieckiem, tym, z którego najbardziej była dumna, otwarło jej zazwyczaj chłodne serce i przypomniało o matczynych instynktach.

– Jak to? – zdziwiła się Emma, na co jej matka skrzywiła się nieco.

– Już dawno jej tu nie było, czyż nie? Przyjeżdża z wizytą.

– Razem z tym bufonem?

W oczach Beatrycze pojawiła się dość niebezpieczna iskierka.

– Nie tym tonem, moja droga! – zbeształa ją, po czym zamknęła oczy i nabrała powietrza. – To twój szwagier, na Boga, Emmo. Wypadałoby, żebyś go chociaż szanowała. A nawet jeśli nie szanujesz, chociaż nie rozumiem, czemu miałabyś się zachowywać w sposób tak absolutnie niedorzeczny, to przynajmniej staraj się udawać.

W takim przypadku Emma robiła, co tylko mogła, byleby nie dać po sobie poznać, iż wcale nie jest zachwycona zapowiedzianym przyjazdem siostry oraz jej męża.

Gorszą jeszcze wieść jednak miała usłyszeć kolejnego dnia, kiedy została wezwana do gabinetu ojca.

– W związku z przyjazdem twojej siostry – oznajmił jej nieco zmęczonym tonem – twoja matka i ja zdecydowaliśmy się wydać bal. Przez... przez ostatnie wydarzenia nie mieliśmy sposobności urządzić ani balu, ani nawet proszonego obiadu. Wszystko to ze względu na twoje zdrowie. Teraz jednak... Cóż, dobre wychowanie tego od nas wymaga. Nie moglibyśmy tego przeciągać w nieskończoność; sama zresztą doskonale o tym wiesz.

Emma westchnęła.

– Wiem, ojcze – odparła. – Ale czy...

– Jeśli chcesz mi zadać pytanie, czy ty również musisz w nim uczestniczyć, proszę cię, nie rób tego – odrzekł zadziwiająco surowo, patrząc na nią swymi ciemnymi, bystrymi oczyma. – To chyba oczywiste, że musisz. Zresztą twoja matka nie dałaby mi spokoju, gdybym wyraził zgodę na to, byś się tam nie pojawiła.

Z cichym jękiem dziewczyna przewróciła oczyma, za co Stanisław ją zbeształ.

– Nie powinnaś się zachowywać w ten sposób. Wiem, że jesteś osłabiona, jeszcze mogłaś do siebie nie dojść po swojej chorobie, ale... na litość boską, Emmo, proszę cię tylko o to, żebyś zachowywała się w taki sposób, żebym nie musiał się za ciebie wstydzić.

– Obiecuję, ojcze – odrzekła cicho Emma.

W związku z tym wiedziała, że nie ma ucieczki od tego, czego nienawidziła najbardziej. Tym bardziej, że zdawała sobie sprawę z tego, iż na balu będzie musiała się spotkać zarówno z Dawidem Blachniewskim, jak i z Tristanem Dorożkiewiczem. Chatenville'ów nie obawiała się tak bardzo, bo mimo iż irytujący, byli raczej nieszkodliwi. Jednak dwóch pozostałych... We wspomnieniach Emma nadal nosiła ów przerażający uśmiech Dawida, kiedy ją podtrzymywał...

Wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Mogła jedynie mieć nadzieję na to, że to któryś z Chatenville'ów, a nie Tristan czy Dawid, poprosi ją do tańca. A kiedy już zatańczy z jednym czy z dwoma, będzie mogła bezkarnie usiąść gdzieś w kącie i odmawiać każdemu kolejnemu kandydatowi, doprowadzając tym matkę do furii.

Nie oznaczało to, iż Emma nie lubiła tańczyć; wręcz przeciwnie, bardzo za tym przepadała, co więcej, tańczyła bardzo dobrze – cóż jednak począć, kiedy nie było tu nikogo, z kim Emma by chciała zatańczyć.

W tenże sposób dziewczyna postanowiła zachowywać się tak poprawnie, jak tylko potrafiła, by nie przynieść wstydu rodzinie – bez słowa skargi zgodziła się na to, by uszyto dla niej specjalną nową suknię, ani razu nie wyraziła się nieprzychylnie o swoim szwagrze, ba, nawet ugryzła się w język, kiedy matka wspomniała o kolejnych zobowiązaniach względem towarzystwa, co oznaczało również to, że będzie musiała się pojawić na "skromnym podwieczorku" u Blachniewskich.

Szczytem wszystkiego był moment, gdy wreszcie dopuszczono do niej Innocentego Chatenville'a. Spędziła z nim całą godzinę w bawialni, rozmawiając tak przyzwoicie, że nawet Beatrycze nie miała za co jej skarcić.

Może zatem była dla nieszczęsnej Emmanueli jakaś nadzieja.